Czuję jesień w powietrzu - moje plany na wrzesień 🍁🍂

Gdy dzisiaj przed południem pojawił się deszcz pierwsze co pomyślałam - NARESZCIE. Nawet nie wiecie jak bardzo czekałam na ten dzień kiedy upały zastąpi jesienny chłód. W końcu można oddychać, nie zalewam się potem podczas zwykłego siedzenia, a i ciepła herbata z cytryną wjechała na salony i smakuje po prostu cudownie. 

Jesień to zdecydowanie jedna z moich ulubionych pór roku. Można bezkarnie wylegiwać się pod kocem, z kubkiem kakao i zaczytywać się w dobre książki. Nie powiem, przyznaje się bez bicia, że jestem typowym jesiennym leniwcem i bardzo mi z tym dobrze. Wrzesień to zapowiedź tego, co najlepsze. 

Letnie ubrania powoli znikają z szafy, a ciepłe sweterki zastępują ich miejsce. To jest kolejny powód dla którego lubię chłodniejsze dni. Uwielbiam ciepłe, grube swetry, w których mogę dosłownie się zatopić. Wieczór przy świecach także brzmi zachęcająco, prawda? W najbliższym czasie muszę zrobić nowe zapasy moich ulubionych świeczek zapachowych, które będą umilać te magiczne chwile.

Nie wiem dlaczego, ale właśnie jesienią włącza się we mnie dusza fotografa. Mam ochotę fotografować wszystko co wpadnie mi w ręce, wymyślam różne układy książek, które staną się moimi obiektami. Pierwszym efektem jest dzisiejsze zdjęcie, które po prostu musiałam zrobić, bo nie mogłam usiedzieć na miejscu. I niestety, znowu pojawiają się myśli jak byłoby cudownie mieć idealnego instagrama, z nienagannymi zdjęciami, które będą idealnie do siebie pasować. Wiem jednak, że ta fascynacja trwałaby krótko i prędzej czy później znowu dodawałabym wszystko jak leci. Więc sama siebie pilnuje, aby nie dać się ponieść emocją, których obecnie mi nie brakuje. 


Dzisiaj także byłam w pracy po urlopie. Nawet ja sama nie zdawałam sobie sprawy jaka to dla mnie będzie radość. Jednak dwa tygodnie w zupełności wystarczają aby naładować akumulatory i nabrać dystansu do pewnych spraw. Jeszcze tak dobrze się nie czułam, a przynajmniej sobie nie przypominam. Pewnie w połowie tygodnia zacznie się marudzenie i wielkie odliczanie do weekendu, ale ciii, na razie jest całkiem przyjemnie :) 

Wrzesień jest także miesiącem książek. Dłuższe wieczory sprzyjają czytaniu, a ja mam kilka ciekawych pozycji na wrześniowej liście. Obecnie czytam "Maresi. Kroniki czerwonego klasztoru" i jestem zachwycona. Przede mną dwie kolejne części, które są póki co priorytetem. Z pewnością będę jeszcze nie raz tutaj o tym wspominać. Mam także nadzieje, że ten miesiąc będzie sprzyjać mojemu blogowaniu, bo co jak co, tutaj czuje się najlepiej :)

A wy, lubicie wrzesień i dłuższe jesienne wieczory? Czy raczej będziecie tęsknić za piekącym słońcem i upałami nie do zniesienia? :)

Urlop w domu - to nie odpoczynek?

Gdy wypisywałam kartę urlopową wszyscy współpracownicy zaczęli dociekać gdzie wybieramy się na dwutygodniowy odpoczynek. Moja odpowiedź brzmiała "nigdzie, zostajemy w domu", po czym wszyscy patrzyli na nas jak na kosmitów. I tutaj pojawia się moje pierwsze pytanie: "czy urlop w domu to coś złego?". Moim zdaniem to dobra opcja na całkowity odpoczynek. 

Jasne, fajnie byłoby wyjechać do ciepłego kraju pod palmy (chociaż w tym roku Polska stała się miejscem nieco egzotycznym), ale sama wiem po sobie, że jest więcej zachodu (pakowanie, podróż, zwiedzanie itp) niż odpoczynku. Teraz pewnie większość z Was pomyśli co ja wypisuję, ale osobiście potrzebowałam tych dwóch tygodni na zebranie sił i pobyt w domu bardzo mi w tym pomógł. Można powiedzieć, że odpoczęłam za wszystkie czasy, więc te dwa tygodnie nie poszły na marne. W międzyczasie zrobiłam generalny przegląd szafy (to nic, że po dwóch dniach pojechaliśmy na zakupy i tyle samo ile wyrzuciłam rzeczy - tyle doszło nowych :D). Zrobiłam generalny porządek w pozostałych szafkach, przeczytałam trzy książki i nadrobiłam seriale. A przede wszystkim, co dla mnie najważniejsze - odpoczęłam, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Potrzebowałam tego wyciszenia i chwili oddechu od konfliktowych pacjentów i czasami marudnych współpracownic. Miałam dość narzekań lekarzy, pielęgniarek - serio, to są chyba najbardziej narzekający ludzie na świecie. 


Poza tym nawet jakbym chciała gdzieś pojechać, to niestety mój mąż nie miał urlopu więc albo pojechałabym sama, albo w ostateczności z mamą, która tak jak ja potrzebowała oddechu i wyciszenia.

Nie uważam, że na urlopie w domu nie można odpocząć. Wręcz przeciwnie, ja odpoczęłam bardzo i pewnie nie jeden taki urlop przed nami. Co prawda w przyszłym roku chcemy gdzieś pojechać już w trójkę, a co z tego wyjdzie - zobaczymy :)

"Milion nowych chwil" - Katherine Center

Walentynkowy wieczór oraz romantyczny lot samolotem, podczas którego mężczyzna jej życia postanawia się oświadczyć. Czy może być coś piękniejszego? Raczej nie, jednak radość nie trwa zbyt długo. Podczas lądowania dochodzi do wypadku. Margaret budzi się w szpitalu i od tej pory jej życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Na szczęście są przy niej rodzice, którzy wspierają ją od samego początku. Natomiast narzeczony Chip wychodzi bez szwanku, zmaga się poczuciem winy, przez co oddala się od narzeczonej, uciekając w alkohol. 

Po kilku dniach okazuje się, że oparzenia ręki i szyi to najmniejsze zmartwienie. Podczas uderzenia doszło do uszkodzenia kręgosłupa i Margaret prawdopodobnie już nigdy nie stanie na nogi. 

Niespodziewanie w  szpitalu pojawia się siostra Margaret, Kitt, z którą nie miała kontaktu od ponad trzech lat. Podczas spotkania na jaw wychodzą tajemnice rodzinne, siostra wyjawia powód przez który wyjechała bez słowa pożegnania i dlaczego nie próbowała nawiązać kontaktu z siostrą. Tajemnice z przeszłości odbijają się na całej czwórce. Natomiast na drodze Margaret staje przystojny szkot, rehabilitant, który za wszelką cenę chce zmotywować ją do ćwiczeń, jednak bardzo ciężko nawiązać z nim kontakt. 


Jak potoczą się dalsze losy i czy miłość Margaret i Chipa przetrwa tą ciężką próbę? Czy w końcu uda się stanąć na nogi?

To moje pierwsze spotkanie z tą autorką. Co przekonało mnie do przeczytania tej książki? Ciekawy opis oraz ocena innych czytelników. To historia o miłości, przebaczaniu i radzeniu sobie z przeciwnościami losu na które nie mamy wpływu. To opowieść o chorobie, walce o każdy dzień z nadzieją, że pewnego dnia paraliż ustąpi i wszystko wróci do normy. Chwilami wzruszająca, za chwile zabawna i poważna. 

Moja ocena 8/10 

Badam się regularnie, a Ty?

Temat badań mam wrażenie staje się tematem, którego lepiej nie poruszać. Wydaje mi się, że większość osób stroni od tego jak tylko można. Podejrzewam, że jest to spowodowane niczym innym jak strachem przed wynikiem, który może okazać się zły i na zawsze zmienić nasze życie. 

Przyznaje się bez bicia, że ja strasznie nie lubię badań. Po pierwsze pobieranie krwi jest dla mnie dużym przeżyciem, ponieważ nie mam praktycznie żył i aby znaleźć chociażby jedną porządną trzeba się nieźle napocić. A po drugie ja nie lubię czekać na wyniki. Wolałabym wiedzieć od razu i po sprawie. 

W tym roku, a dokładniej w kwietniu postanowiłam z koleżanką z pracy skontrolować swoje wyniki. Mamy gotowe druczki więc wystarczy tylko zaznaczyć co chcemy i finito. A więc poszalałyśmy. Począwszy od tych podstawowych jak morfologia, mocz, ob, glukoza, a kończąc na tych poważniejszych, bo czemu nie? Przecież nic mi się nie dzieje, czuje się dobrze, więc to tylko formalność. 


Gdy następnego dnia odebrałam wyniki.. zamarłam. Wszystko w porządku, jednak podwyższone TSH (hormon tarczycy). Początkowo pomyślałam sobie "a to pewnie jakiś błąd". Nawet lekarz, do którego chodzę uważał, że to błąd odczynników, bo przecież nie mam żadnych objawów. Więc za dwa dni ponowiłam badania, które okazały się równie wysokie. Muszę przyznać się bez bicia, że trochę mnie to załamało. Zaczęłam czytać w internecie (co jest bardzo złym pomysłem, bo można się naczytać takich głupot, że depresja murowana). Podejrzenie bardzo teraz "słynnej" choroby hashimoto, niepłodność lub poronienia. To główne skutki, które bardzo mnie przygnębiły. No ale trudno, stało się, trzeba się z tym zmierzyć.

Czym prędzej dostałam skierowanie do poradni endokrynologicznej i zaczęłam poszukiwania. I właśnie w tym momencie zrozumiałam na własnej skórze jak działa dzisiejsza służba zdrowia. Tryb stabilny ze skierowaniem - czas oczekiwania półtorej roku. W głowie milion myśli - przecież nie mogę tak długo czekać, bo zwariuję. Trudno, muszę iść prywatnie. Dostałam termin w ciągu tygodnia. W między czasie u siebie w przychodni wykonałam USG tarczycy czy nie ma guzków czy innych niepokojących zmian - na szczęście czysto, więc jeden kamień z serca.

Trafiłam do bardzo fajnej pani doktor endokrynolog. Zrobiła szczegółowy wywiad, zbadała mnie, wykonała również usg tarczycy po czym stwierdziła, że mam bardzo małą tarczycę, w dolnej granicy normy i są dwie opcje: hashimoto lub taka moja uroda. Dostałam leki, zaczynając od małej dawki Euthroxu N50. Gdy wyszłam z gabinetu chciało mi się płakać. Poszłam do apteki, wykupiłam receptę i stwierdziłam, że już na zawsze jestem skazana na leki. 

Jednak, tutaj pojawiła się niespodzianka. Po tygodniu od wizyty okazało się, że jestem w ciąży. Ze strachu przed tymi wszystkimi nieprzyjemnymi skutkami o których się naczytałam poleciałam ponownie do pani doktor. I tamtego dnia gdy w poczekalni zobaczyłam 3/4 pacjentek ciężarnych czekających właśnie do endokrynologa, uspokoiłam się. W końcu nie ja pierwsza, nie ostatnia. Dostałam od razu większą dawkę, częstsze kontrole. Obecnie TSH mam idealne, maluszek rośnie i jestem szczęśliwa. Ponadto wykluczono u mnie hashimoto więc kolejny krok do przodu. Większość lekarzy twierdzi, że po ciąży moje hormony mogą się na tyle wyregulować, że nie będę potrzebować żadnych leków - oby! Liczę na to bardzo :)

Moja historia może i jest banalna, ale powinna być dla większości - szczególnie kobiet przestrogą. Jasne, pewnie podczas badań ciążowych wyszłoby mi tak czy inaczej, ale znając sytuację wcześniej zaczęłam brać leki zaraz w początkowych tygodniach co spowodowało tym, że gdy maluszek najbardziej się rozwijał moje hormony nie wariowały, tylko pracowały jak należy. Nie wiem czy to ma jakiś wpływ, myślę, że tak. Dlatego tym bardziej jestem szczęśliwa, że wyszło mi to wcześniej i mogłam zareagować w ekspresowym tempie. Gdy rozmawiałam jakiś czas z położną powiedziała mi tylko tyle: "teraz można policzyć na palcach jednej ręki, która ciężarna nie ma problemów z tarczycą." 

Dlatego nie bójcie się badać. Nigdy nie wiadomo co przyniesie nam los :)

"Zanim się pojawiłeś" - Jojo Moyes

Dzień dobry! Nadszedł czas na książkę, którą z całego serca chciałabym polecić. Jeśli lubisz powieści z wątkiem miłosnym, ale również z bolesnymi doświadczeniami i przeciwnościami losu - ta książka zdecydowanie jest dla Ciebie :) 

O książkach Jojo Moyes w ostatnim czasie zrobiło się bardzo głośno. Szczerze powiedziawszy podchodziłam do tej autorki z dużym dystansem, aż do pewnego dnia kiedy koleżanka z pracy opowiedziała mi troszkę o fabule książki "Zanim się pojawiłeś". Właśnie wtedy zapragnęłam ją przeczytać i wiecie co? Nie żałuję ani minuty przy niej spędzonej.

Główną bohaterką jest energiczna, ubierająca się kolorowo i niesamowicie wesoła Luisa, która nagle traci dotychczasową pracę w pobliskiej kawiarni. Ze względu na ciężką sytuację rodzinną musi za wszelką cenę znaleźć nowe zajęcie. W biurze pracy pojawia się oferta nie do odrzucenia, bowiem bogata rodzina szuka opiekunki dla swojego sparaliżowanego syna, który sprzed dwóch laty cudem przeżył wypadek. Oferta na pół roku, bardzo dobre zarobki więc Lou bez zastanowienia przyjmuje posadę. Jeszcze wtedy nie wie, że ta decyzja na zawsze zmieni jej życie.


Will jest zgorzkniałym, aroganckim trzydziestolatkiem, z porażeniem czterokończynowym. Dla wszystkich jest nieuprzejmy, a nawet można powiedzieć, że wredny, mający żal do całego świata, że to spotkało właśnie jego. Początkowo tej dwójce bardzo trudno jest znaleźć wspólny język, ba! wydaje się to nawet niemożliwe. Ona wiecznie uśmiechnięta, bawiąca się kolorami w postaci nietypowych ubrań, niepotrafiąca usiedzieć na miejscu. On odpychający ludzi od siebie, nie znosi pomocy od innych i najchętniej spędzałby dzień na wózku, patrząc w okno.

Pierwsze kilka tygodni pracy tam to prawdziwy koszmar, przez myśli Lou przechodzi nawet rezygnacja, jednak coś pęka. Nagle zaczynają spędzać czasu więcej ze sobą, zaczyna między nimi rozwijać się rozmowa i... pojawia się uczcie, które trudno będzie okiełznać. Jak potoczą się ich dalsze losy? Czy zdecydują się na związek, który tak naprawdę pozostawia bardzo dużo do życzenia? 

Dla Lou największym oparciem jest siostra, która od samego początku wspiera ją w działaniach. Razem wymyślają miejsca, gdzie można pojechać z osobą niepełnosprawną. Niezawodnym przyjacielem okazuje się także Nathan, rehabilitant Willa, który doskonale rozumie sytuację jaka ma miejsce i również pomaga w przygotowaniach wyjazdów, czy ich realizacji. 

Książka naprawdę warta przeczytania. Przez większość książki śmiałam się głośno, bawiłam razem z bohaterami, przeżywałam wszystko razem z nimi. Pod koniec zrobiło się nieco smutno, poleciało nawet kilka łez, ale właśnie o to chodzi w książkach. Wywołują u nas bardzo dużo, różnych emocji. Dlatego kończąc mamy ochotę na jeszcze. Przecież to nie mogło się tak skończyć! - pomyślałam będąc na ostatniej stronie. Moja ocena 8/10

Na szczęście to jeszcze nie koniec. Jest ciąg dalszy przygód Lou, którą Wam serdecznie polecam już teraz. Z pewnością napiszę o drugiej części "Kiedy odszedłeś" w kolejnych postach. 

PS. na podstawie książki "zanim się pojawiłeś" powstał film. Musze Wam się przyznać, że nieco mnie rozczarował, ponieważ (co wiadome) nie było pokazanych wszystkich sytuacji, moim zdaniem niesamowicie istotnych. Aczkolwiek emocje po filmie były naprawdę duże i niestety bez chusteczek się nie obeszło :P