"Magda M. ciąg dalszy nastąpił" - Radosław Figura

Dzisiaj przychodzę do Was z książką, na którą osobiście czekałam z niecierpliwością jak i na pewno bardzo wielu fanów serialu, który kilka lat temu był emitowany na stacji TVN. Oczywiście jedną z tych osób byłam ja (skakałam z nogi na nogę czekając w kolejce w empiku w dniu premiery;)) I doczekałam się.. Czy było warto czekać? Sprawdźcie sami! 

Akcja książki rozgrywa się dziesięć lat później, kiedy Magda i Piotr mieszkają już ze sobą i marzą o posiadaniu potomka. Czterdziestka zbliża się nieubłaganie. Para prowadzi cudowne życie we dwoje. Wydaje się, że z biegiem lat ich uczucie ani trochę nie wygasło, a nawet i odwrotnie - jeszcze więcej jest między nimi chemii i namiętności. Do pełni szczęścia brakuje im tylko dziecka. Dzień rozpoczyna się cudownie. Namiętne chwile pod prysznicem, po czym każdy z zakochanych udaje się do swoich codziennych obowiązków. Piotrek w dalszym ciągu jeździ na motorze, a Magda za każdym razem niepokoi się o jego bezpieczeństwo. Niestety, chwile które spędzili, to były ich ostatnie wspólne chwile. Tego samego dnia Magda traci dwie najważniejsze miłości - Piotra w który ginie w tragicznym wypadku, oraz dziecko, o którym dowiedziała się zaledwie kilka godzin wcześniej. Świat się zawalił. Jak sobie poradzi główna bohaterka w takiej sytuacji?


Na szczęście z pomocą przychodzi paczka najlepszych przyjaciół na świecie. Sebastian, Agata i Karolina mimo, że mają swoje prywatne życie - każdą wolną chwilę poświęcają Magdzie i wspierają ją w tych najgorszych chwilach. Przed Magdą pogrzeb Piotra, żałoba po stracie dziecka oraz powrót do szarej, codziennej rzeczywistości. Po niedługim czasie niespodziewanie w życiu prawniczki pojawia się dawny znajomy ze studiów, oraz nowy mężczyzna - lekarz ginekolog, którego przyjdzie jej bronić w sądzie. Czy któryś z nich rozpali jej uczucia na nowo i poskleja złamane serduszko? Niektóre decyzje mogą Was nieco zaskoczyć! :)

Książka lekka i przyjemna. Chociaż nie ukrywam, że spodziewałam się czegoś innego. Sama fabuła przykuła moją uwagę, aczkolwiek styl pisania Radosława Figury pozostawiał wiele do życzenia. Pojawiło się bardzo dużo wulgaryzmów, których w serialu żaden z bohaterów nie używał (a przynajmniej nie w takim stopniu jak w książce). Podejście Magdy również różniło się od serialowej postaci, co bardzo mnie rozczarowało. Zakończenie wywołało troszkę emocji, natomiast cała reszta okazała się po prostu dobra. Moja ocena 5/10

Dobrego wtorku! :)

Kocham, tęsknię, pamiętam

Tato, chciałabym Ci tyle powiedzieć, pokazać i po prostu się przytulić. Nie ma Cię już dziesięć lat, a mi się wydaje, że to wieczność. Tak naprawdę nigdy się z tym nie pogodziłam i nie pogodzę. Za szybko nas opuściłeś, w złym czasie i złym miejscu. Wierzę, że patrzysz na nas z góry i chronisz przed wszystkim co złe.

10 listopada to najgorszy dzień w roku. Najchętniej zakopałabym się pod kocem i wyszła dzień później. Jednak czy to coś zmieni? Smutek, pustka i żal będzie już zawsze...


Jestem dumna, że byłeś moim Tatą. Dużo mnie nauczyłeś, wspierałeś i kochałeś bezgranicznie. Nauczyłeś mnie szacunku do innych ludzi, pracowitości i pokazałeś jak piękny jest świat. 

Ja wciąż pamiętam, tęsknie i kocham. Wiem, że kiedyś spotkamy się tam na górze i już nikt nas nie rozdzieli.

"Cudowny chłopak" R.J. Palacio

Cudowny chłopak to wzruszająca, a zarazem zabawna opowieść o chłopcu, który musiał zmierzyć się w swoim życiu z każdym możliwym uczuciem i ze wszystkimi przeciwnościami losu. August to przesympatyczny młody chłopiec, który urodził się z bardzo rzadką wadą, a mianowicie z całkowicie zdeformowaną twarzą. Przeszedł 27 operacji plastycznych, które pozwoliły mu na "normalne" funkcjonowanie. Mógł mówić (chociaż troszkę niewyraźnie), mógł jeść (niezbyt kulturalnie) oraz poruszać się jak każde inne dziecko. Przez pierwsze lata życia uczył się w domu. Praktycznie z niego nie wychodził, ponieważ za każdym razem wszyscy się za nim oglądali, dogadywali mu, a nawet wyzywali. August jest bardzo inteligentnym chłopcem, wielki fan gwiezdnych wojen, idealny syn oraz pomocny i wierny brat. Pewnego dnia rodzicie postanawiają posłać Augusta do szkoły, aby mógł prowadzić normalnie życie jak jego rówieśnicy. Oczywiście, jego obecność w szkole wzbudza wiele emocji, agresji, z którą niestety musi się zmierzyć. Jest ciężko, chłopiec zostaje wytykany palcami, każdy od niego stroni i się z niego śmieje. Na swojej drodze spotyka grupkę osób, które na polecenie dyrektora szkoły mają go wprowadzić w szkolny świat i pokazać szkołę. Czy August poradzi sobie z sytuacją w jakiej się znalazł? Czy ucieknie ze szkoły i nigdy do niej nie wróci?


Książka bardzo dająca do myślenia. Uczy nas tolerancji oraz tego, że nie ocenia się ludzi po wyglądzie. Książka pokazuje jak wygląda naprawdę szkolna rzeczywistość. Osoby "inne" nie są akceptowane i odpychane na dalszy tor, mimo, że są naprawdę bardzo wartościowymi osobami. "Cudowny chłopak" jest napisany przez kilka osób z otoczenia Augusta, które mają zupełnie odmienne spojrzenie na sytuację. Widzimy tutaj siostrzaną miłość, przyjaźń oraz poświęcenie rodziców. Książka zdecydowanie warta przeczytania, polecam Wam z całego serca. Bywają momenty złości, wzruszenia oraz ciekawości co będzie dalej i jak potoczy się życie chłopca "innego od wszystkich" :)

Na koniec zamieszczam cytaty z książki, które złapały mnie za serce:

Jeśli możesz dać dowód albo swojej racji, albo dobroci, daj dowód swojej dobroci.

Wszyscy powinniśmy przynajmniej raz w życiu dostać owację na stojąco, bo przecież każdy z nas zwycięża ten świat.- Auggie.

Jakie to dziwne, że jednego dnia chodzimy po tej ziemi, a dzień później już nas nie ma.
Chcę, żeby moi wychowankowie, kończąc szkołę podstawową średnią, mieli niezachwianą pewność, że w przyszłości, którą sobie zbudują, wszystko jest możliwe.- Lawrence Tushman.

Gdyby oczy tych ludzi były kompasami, a ja biegunem północnym, to bez względu na to, w którą stronę by się obrócili, igły kompasów zawsze wskazywałyby północ.

Na tym świecie zawsze znajdą się jakieś głupki, Auggie. Ale moim zdaniem i zdaniem taty na ziemi jest więcej dobrych ludzi, niż złych, a dobrzy ludzie troszczą się o innych i pilnują, żeby nie spotkało ich nic złego.

Żyj dniem i sięgaj słońca!

Nie umiera ten, kto pozostaje w sercu i pamięci bliskich

Dzień Wszystkich Świętych to dla mnie najsmutniejszy dzień w roku. Mimo, że na co dzień myślę o Tacie, który odszedł dziesięć lat temu, tak zawsze pierwszego listopada mój smutek zdecydowanie się nasila. To jedyny dzień w roku, kiedy większość z nas zatrzymuje się, odwiedza groby najbliższych i udaje się w świat refleksji. Szkoda, że ta pamięć i piękny widok milionów zapalonych zniczy jest tylko raz w roku.

Pamiętajcie o swoich bliskich zmarłych każdego dnia, nie tylko dzisiaj, bo... nie umiera ten kto pozostaje w sercu i pamięci bliskich. 


Nadszedł listopad. Mimo dzisiejszego dnia uważam, że jest najbardziej przygnębiający miesiąc. Krótkie dni, długie wieczory zwiastują zbliżającą się zimę. Na dworze większość czasu szaro, buro i ponuro. Nie wiem jak Wam, ale mnie ten nastrój się udziela. Najchętniej cały listopad spędziłabym pod kocem z nosem w książce. Z niecierpliwością czekam na grudzień i magiczną, świąteczną atmosferę, która w tym roku będzie jeszcze bardziej wyjątkowa.

Krzywa cukrowa - nie taki diabeł straszny!

Przed testem obciążenia glukozą nie ucieknie żadna ciężarna. Od jakiegoś czasu jest to badanie obowiązkowe i koniec - nawet jeśli przyszła mamusia nie ma problemu ze skaczącym cukrem musi to wykonać. Ja osobiście nigdy nie miałam z tym problemu, bowiem mi zawsze jest za mało słodko. Mam niski cukier, ale zawsze w granicach normy. Dlatego myślałam, że nie będę musiała tego robić, bo po co? A jednak. Dostałam takie zalecenie i w zeszły piątek udałam się z glukozą do laboratorium. 

Takie badanie nie wykonują tylko ciężarne. Może je sobie wykonać każdy. Najwięcej jednak wykonują ją pacjenci z podejrzeniem cukrzycy. Mam kilka takich osób w pracy i zanim się na to wybrałam oczywiście wszystkich podpytywałam. 

Jedni mówili, że to koszmar. Na raz tyle cukru wypić (dla wyjaśnienia rozpuszczamy 75g czystej glukozy w mniej więcej 200ml wody, więc możecie sobie wyobrazić jakie to jest słodkie). A inni z kolei stwierdzili, że to pikuś. Pocieszali mnie, że osoby, które lubią tak bardzo słodkie jak ja nie mają z tym problemu. Więc kupiłam w aptece roztwór (nie jest to drogi interes, za glukozę zapłaciłam 5,20zł)  i poszłam na żywioł.


Najpierw pielęgniarka pobiera krew na czczo. I tutaj pojawia się mój problem, ponieważ moje żyły są uparte i zupełnie nie współpracują. One chyba wiedzą, że igła się zbliża i momentalnie się chowają. Tym razem było tak samo, więc trzeba było się namęczyć żeby którąś z nich złapać. Po tym pierwszym pobraniu panie w laboratorium stwierdziły, że dwa następne razy pobiorą mi z palca. 

Właśnie, podczas tego badania mamy pobieraną krew aż trzy razy!!! 

Zaraz po pobraniu pani kazała mi usiąść i wręczyła mi kubek z magicznym napojem. Powiedziała tylko: "i pijemy, pijemy". Na szybko wcisnęłam sobie cztery krople cytryny, bo tak radziła mi koleżanka aby minimalnie tą słodycz zatuszować. No i zaczęłam pić. 

Po pierwszym łyku stwierdziłam sama w sobie: "Ty, dobre to!" i wypiłam wszystko duszkiem. Panie patrzyły niedowierzająco, a ja czułam, że się czerwienię. No co poradzę, że ja takie słodkie lubię? :D Wypiłam, podziękowałam i dostałam kartki kiedy mam przyjść na kolejne kucie. 

Jedynym minusem tego wszystkiego jest fakt, iż przez dwie godziny trzeba siedzieć na tyłku. Nie wolno chodzić, nic jeść - mimo, że ssie strasznie. Można tylko przejść kawałek aby usiąść w ustronnym miejscu, a potem wrócić na pobranie. Ja mam o tyle dobrze, że poszłam do rejestracji w której pracuję. Czułam się nieco bezpieczniej, bo w sumie nie wiadomo jak organizm zareaguje na taką porcję cukru. Z tego co wiem niektórym panią robi się słabo, mogą pojawić się wymioty. Więc dla własnego bezpieczeństwa i towarzystwa warto zabrać kogoś ze sobą. Przynajmniej czas szybciej zleci, a nie siedzi się jak sierota przy laboratorium. Mi osobiście trochę się tym odbijało, kilka razy zapiekła mnie zgaga, a po godzinie chciało mi się spać. 

Minęła godzina, więc udałam się do moich "ulubionych" pań. I tutaj nastąpiło kolejne zdziwienie. Myślałam, że pobranie z palca to tak jak zwykłym glukometrem. Kropelka krwi na paseczek i finito. Otóż nie, moi drodzy. Pani co prawda zrobiła malutkie ukucie, ale... zaczęła mi krew z palca wyciskać do próbówki. Przy czym nieprzyjemnie mnie po tym palcu "skrobała" aby nie uronić żadnej kropli. I tutaj powiem Wam szczerze, że to bolało. Zdecydowanie wolę już wbijanie się w żyłę. Trwało to jakoś długo, końca nie było widać, a ta próbówka nie była wcale taka mała. Po tym wszystkim miałam wrażenie, że zdrętwiał mi palec na kilka minut. Ostatnim razem było trochę lepiej, inny palec i mam wrażenie, że tak mocno nie musiała go "wyduszać". 

Ogólnie całe badanie jest do przejścia, dlatego od piątku powtarzam wszystkim, że nie ma się czego bać. Nie jest to najprzyjemniejsze badanie, ale też nie jest tragiczne. Najśmieszniejsze było to, jak wypiłam już swój napój, a weszła moja koleżanka również z takim pudełeczkiem. Wystraszona jak nie wiem, na co tylko powiedziałam: "Gabrysia, spoko! To jest nawet dobre!" :))

Lekarz powiedział, że wyniki wyszły dobre. Wszyscy straszyli mnie, że po dwóch godzinach powinnam mieć trochę mniej, ale doktor powiedział, że wszystko jest w normie i nie ma co sobie zawracać tym głowy :)

"Winny jest zawsze mąż" Michele Campbell

Trzy przyjaciółki, tajemnice i kłamstwa. Poznają się na pierwszym roku studiów po czym stają się nierozłączne. Każda z nich jest inna, ma inne priorytety i poglądy. Jednak mimo tych różnic i kłótni, które miedzy nimi powstają zawsze wracają do tego samego punktu i są na dobre i na złe. Wydaje się, że nic nie może ich rozdzielić, a one przysięgają sobie, że zawsze będą się wspierać. 

Kate pochodzi z bogatego domu. Ma ojca, który spełnia każdą jej zachciankę - do pewnego czasu. Nie zależy jej na studiach, woli imprezy z chłopakami. Zakochuje się bez pamięci w Lucasie, który pewnego wieczoru ginie w tragicznych okolicznościach.

Jenny bardzo ambitna i poukładana dziewczyna. Zawsze pomocna i otwarta. Najbardziej dojrzała z całej trójki. Natomiast Aubrey jest z nich najbiedniejsza. Nie ma pieniędzy, ledwo wiąże koniec z końcem. Musiała wyjechać z domu rodzinnego, zostawiając schorowaną matkę w domu rodzinnym.  Ma kompleksy i trudności w nawiązywaniu kontaktów. Po poznaniu Kate i Jenny wydaje jej się, że nic lepszego ją spotkać nie mogło.


Dziewczyny razem przeżywają studenckie lata, imprezują i rywalizują o chłopaków.

Dwadzieścia lat później poznajemy ich obecne życie. Wszystkie mają mężów, Jenny i Aubrey mają także dzieci. Przychylność ojca Kate zmieniła się, przez co postanowiła związać się z bogatym Griffem, który zapewniał jej wszystko czego chciała. 

Pewnego dnia policja dostaje wezwanie na miejsce wypadku. W rzece znajdują ciało kobiety -  jednej z przyjaciółek, która najprawdopodobniej popełniła samobójstwo. Jednak po badaniach okazuje się, że do jej śmierci przyczyniła się osoba trzecia. Rozpoczyna się śledztwo i bardzo szybko wychodzą na jaw prawdziwe oblicza ich przyjaźni, która z czasem przerodziła się w nienawiść. Co takiego się wydarzyło i poróżniło nierozłączne przyjaciółki? Czy faktycznie ktoś przyczynił się do śmierci jednej z nich?

Książka długa, interesująca i ciekawa. Do ostatnich stron nie wiadomo co tak naprawdę się wydarzyło. Takie lubię najbardziej kiedy wydaje mi się, że wszystko jasne - wtedy okazuje się jak bardzo się myliłam. Bardzo dobrze zachowany klimat. Powieść jest podzielona na dwie części. Pierwsza z nich opowiada właśnie o czasach studenckich, druga o obecnych wydarzeniach. Bardzo dokładnie poznajemy główne bohaterki i w każdej z nich jest coś, co nas przyciąga. Z czystym sumieniem polecam tę książkę, jednak przygotujcie się - jest długa (przynajmniej dla mnie taka była). W pewnym momencie miałam wrażenie, że autorka za bardzo ciągnie tą historię jednak jak cała akcja się rozkręciła... doceniłam to :)

Moja ocena 7/10 :)

Nasza pamiątka - sesja ciążowa ♥

Ponad tydzień temu wraz z naszym wieloletnim przyjacielem postanowiliśmy wybrać się na sesję zdjęciową. Uwielbiam uwieczniać nasze najważniejsze chwile, a ciąża zdecydowanie jest tą NAJWAŻNIEJSZĄ i zarazem NAJPIĘKNIEJSZĄ chwilą. I mimo, że mój mąż niezbyt bardzo lubi się fotografować - dzielnie znosił nasze pomysły i dał radę! :) Teraz brzuszek mamy na co dzień, ale kiedyś będzie to niesamowite wspomnienie. Tym bardziej jak Natalka będzie większa pokażemy jej gdzie mieszkała przez swoje pierwsze dziewięć miesięcy życia w moim brzuszku :) Mam już niezły pomysł na album - będzie pięknie :)

Oto efekty naszej sesji. Nie jest ona profesjonalna i nie do końca wiedzieliśmy jak się ustawiać, ale nie to jest przecież najważniejsze. Fotograf dał z siebie wszystko, za co z całego serduszka dziękujemy! :)






(Jedno z moich ulubionych <3 )

(żeby zawsze tak na mnie patrzył :D )


 (widząc te zdjęcie wszyscy stwierdzili jednogłośnie, że zrobiła się ze mnie niezła pyza :D )

( z tej perspektywy nie wyglądamy zbyt dobrze, ale coś w tym zdjęciu jest, bo mimo wszystko podoba mi się :) )

"Nigdy więcej" - Anna Bellon

Dzień dobry! :) Ostatnio przyciągają mnie książki stricte miłosne, pełne uczuć i życia codziennego. Ani trochę mi to nie przeszkadza, ponieważ kryminały już nieco mnie męczyły. Jak to się mówi, co za dużo to nie zdrowo. Teraz czas na coś łatwiejszego i mniej stresującego. Jeśli szukacie książki na "odmóżdżenie" to ta jest warta polecenia :)

Kuba i Iga poznają się zupełnie przypadkiem za pośrednictwem wspólnych znajomych. Od pierwszych chwil zaczyna coś między nimi iskrzyć. Bardzo szybko umawiają się na kolejne spotkanie, a ich znajomość zaczyna przybierać na sile. Wydaje się, że nadają na tej samej linii i obydwoje zakochują się w sobie do szaleństwa. Kuba to chłopak z mroczną przeszłością. Trzy lata wcześniej był w toksycznym związku, po którym nie wierzył, że uda mu się zaufać nowej dziewczynie. Prób było kilka, jednak żadna nie przetrwała. Z Igą było inaczej. Była delikatna, mądra, wyrozumiała. 

Niestety sielanka nie trwała zbyt długo. Na horyzoncie pojawia się Blanka, była dziewczyna Kuby. Na jaw wychodzi ich dawna, toksyczna relacja, a dziewczyna za wszelka cenę chce odzyskać swoją miłość. Przed Kubą i Igą ciężka próba. Czy dadzą radę? I czy ich krótki, ale intensywny związek przetrwa? Na co stać Blankę aby rozdzielić zakochanych? 


Osobiście książka oraz fabuła podobała mi się bardzo. Można powiedzieć, że jest to typowa młodzieżówka. Dylematy, powrót byłej miłości. Czy tak nie zdarza się w dzisiejszym świecie? Niektórzy wstydzą się przyznać, że czytają typowe młodzieżówki. Ja się z tym nie kryję, bo dla mnie taka odskocznia od mrocznych klimatów bywa zbawienna. 

Podczas "Nigdy więcej" przypomniały mi się początki naszego związku. Spotkania, spacery i wieczory spędzane pod kocem przy serialach czy filmach. Tak jak Iga i Kuba nie byliśmy nigdy nazbyt rozrywkowi. Zamiast hucznych imprez woleliśmy domowe zacisze, dlatego bardzo polubiłam tą dwójkę i do końca im kibicowałam. Zakończenie nieco mnie zaskoczyło i wbiło w fotel. Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu sytuacji i nie powiem, zrobiło mi się nieco przykro. 

Bardzo polecam Wam tę książkę, ja chętnie sięgnę po inne książki tej autorki :)
Moja ocena 9/10 :)

Badania prenatalne - dlaczego warto je wykonać?

Jeszcze całkiem niedawno na badania prenatalne były kierowane kobiety powyżej 35 roku życia. Wiązało się to z tym, iż wraz z wiekiem kobiety istnieje większe ryzyko wad wrodzonych. To chyba najgorsza sytuacja w jakiej mogą znaleźć się przyszli rodzice. Jednak nawet młodzi muszą się z tym niestety liczyć. Obecnie badania są refundowane (przynajmniej u mnie w okolicy, więc wydaje mi się, że to stało się bardziej powszednie niż kiedyś). A nawet jeśli nie otrzymacie skierowania, uwierzcie mi, że warto je wykonać chociażby na własny koszt. 

My dostaliśmy skierowanie, umówiliśmy się w klinice na konkretny dzień. Badania te są wykonywane między 11, a 13 tygodniem ciąży dlatego podczas zapisu najlepiej podać datę ostatniej miesiączki jeśli mamy regularne cykle. W innym przypadku datę z ostatniego USG.  Wtedy pani w rejestracji obliczy kiedy takie badanie powinno być wykonane. 

Sposób wykonania nie różni się niczym od rutynowej wizyty u ginekologa. Być może w niektórych przypadkach gdy widoczność jest ograniczona wykonują dopochwowo, ale ja miałam normalnie przez powłoki brzuszne. Dzieciątko wtedy już ma malutkie rączki, nóżki. 

Podczas tego badania najważniejsza jest budowa serca, jego praca i przezierność karkowa, która niektórym spędza sen z powiek, bo gdy wyjdzie ona nieprawidłowa - w większości przypadków konieczna jest dalsza diagnostyka w kierunku wad wrodzonych. Nikomu tego nie życzę, aczkolwiek takie sytuacje również się zdarzają. Pamiętajcie tylko, że to nie koniec świata. Bardzo często jest to jedynie podejrzenie, a dzieciątka rodzą się całkowicie zdrowe. To nie wyrok, to tylko podejrzenia. 


Podczas pierwszego badania prenatalnego dzieciątko jest dokładnie mierzone. Mówią, że data porodu według tego badania jest bardzo często strzałem w dziesiątkę. Powiem Wam w lutym czy u nas się sprawdziło :) 

Badany jest mózg, który ma już dwie półkule, żołądek, nerki, pęcherz moczowy maluszka i przepływy żylne, na których najbardziej się wystraszyłam. W pewnym momencie na ekranie zaczęły pojawiać się niebieskie i czerwone plamy. I oczywiście pierwsze co pomyślałam? "o matko, to na czerwono to pewnie coś nieprawidłowe!". Zrobiło mi się ciepło, a ze strachu nie nie miałam odwagi spytać pani doktor co to oznacza. Nie pomyślałam, że żyły i tętnice muszą oznaczać się kolorami aby je odróżnić. Także, czerwony kolor w tym przypadku to bardzo dobry obraz! :) 

Na samym końcu pani doktor spytała się czy ma powiedzieć co jej się wydaje jeśli chodzi o płeć. Oczywiście mąż był ze mną podczas badania i jednogłośnie stwierdziliśmy, że chcemy. Wtedy usłyszeliśmy, że na 80% dziewczynka. Tak też zostało do dnia dzisiejszego, z czego jesteśmy bardzo szczęśliwi. Nie myślcie, że z chłopca nasza radość byłaby mniejsza, o nie. Najważniejsze jest zdrowie, nie płeć. Jednak zawsze moim cichym marzeniem była córeczka i udało się. Mąż do dzisiaj mi powtarza, że on to wiedział od samego początku, a następny będzie syn. Jakby to było takie oczywiste i pewne :D

Oprócz szczegółowego opisu w ramach badania miałam pobieraną krew na tzw. test PAPPA. Jest to dokładniejsza analiza wad wrodzonych na podstawie wieku matki oraz obrazu usg (przezierności kartkowej). Odbiór wyników jest zazwyczaj po dwóch tygodniach. 

Dwa i pół tygodnia temu byliśmy na drugim tzw. połówkowym badaniu, gdzie dzieciątko jest już dużo większe i bardziej ruchliwe. Wszystko rozwija się prawidłowo, to najważniejsze. Nasza Malutka miała wtedy 405 gram, a dzisiaj już prawie 600 :D Płeć potwierdzona, wszystkie narządy dokładnie obejrzane. Pozostało tylko się cieszyć :) 

Trzecie badanie prenatalne nie jest już obowiązkowe (zresztą, żadne z nich nie jest). Nie jest także refundowane i nie każda para się na nie wybiera. My stwierdziliśmy, że pójdziemy. Wtedy chyba będą mierzone wody płodowe, co wydaje mi się też ważnym elementem. Może stan łożyska i macicy. Jeszcze nie wiem, ale zapisaliśmy się. Koszt u nas to dwieście złotych. Dla własnego spokoju myślę, że warto je wykonać. 

Może zabrzmi to niefajnie, ale gdy para decyduje się na dziecko, musi liczyć się z dużymi kosztami. Gdy chodzimy prywatnie do ginekologa - za wszystkie badania laboratoryjne płacimy. Wyprawka, łóżeczko, wózek to podstawa, a ceny nie są wcale niskie. O suplementacji już nie wspominam, bo to chyba kosztuje najwięcej, ale o tym kiedy indziej, bo zauważyła, że to dosyć drażliwy temat dla niektórych :)

"(nie)zwyczajna" Samantha Young

Dzień dobry! Dzisiaj dla odmiany opowiem krótko o książce, którą przeczytałam w ubiegły weekend. Szczerze mówiąc potrzebowałam odskoczni od mrocznych i krwawych kryminałów sięgając po coś lekkiego. Zazwyczaj gdy mam ochotę na przyjemne, a zarazem dobre książki decyduje się na twórczość Samanthy Young i wiecie co? Ani razu się nie zawiodłam :)

Szesnastoletnia Coment kompletnie nie odnajduje się w swoim otoczeniu. Jej życiem jest poezja i książki, które pochłania w zastraszającym tempie. Nie lubi być w centrum zainteresowania, nie przepada za imprezami. Ma dwie przyjaciółki, które nie zawsze ją rozumieją. Każda z nich jest inna, ma swój świat, jednak w razie potrzeby zawsze służą oparciem. Na co dzień Coment pisze swoje wiersze. Tym sposobem wyraża swoje emocje, przeważnie kierowane do rodziców, którym... dużo brakuje do ideału. Nie dość, że jest jedynaczką, to jeszcze rodzice nie okazują jej zainteresowania. Matka artystka całe dnie spędza w swojej pracowni, ojciec pisarz ma również swój świat i zajęcia. Cała trójka nie żyje razem, lecz obok siebie. Przez co nastolatka czuje się zagubiona. 


Wraz z rozpoczęciem roku w szkole pojawia się nowy chłopak. Przystojny Tobias zwraca uwagę większości dziewczyn w szkole. Wysoki, dobrze zbudowany Amerykanin staje się celem niejednej nastolatki. Dla Coment wydaje się być zadufanym w sobie bucem, któremu nie zależy na nauce. Pierwsze wrażenie u nauczycieli sprawia kiepskie, jednak Coment mimo wszystko... nie potrafi przestać o nim myśleć. 

Podczas zajęć angielskiego niespodziewanie profesor "zmusza" ich do pracy nad wspólnym zadaniem. Początkowo para ma trudności w komunikacji, jednak bardzo szybko się to zmienia i pojawia się między nimi wyjątkowa więź. 

Czy przystojniak, który mógłby mieć każdą dziewczynę w szkole i dla którego liczy się popularność mógłby zwrócić uwagę na zamkniętą w sobie, kompletnie nietowarzyską i zwyczajną dziewczynę? Przeczytajcie, a nie pożałujecie. 

Szczerze mówiąc fabuła książki przypominała mi w pewnych momentach sławny film "szkoła uczuć". Tam również "bad boy" ukrywa swoją relację z nieśmiałą "kujonką" aby znajomi się z niego nie śmiali. Nie chce przyznać, że poczuł do niej coś więcej, bo straci swoją reputację. Tam jednak uczucie i ich relacja zwycięża i liczą się tylko oni. Czy tak samo jest tutaj? Nie powiem Wam, ale na pewno będziecie zaskoczeni jak ich relacja się będzie rozwijać :)

Niezastąpionym wsparciem okazują się przyjaciółki. Mimo innych poglądów i kłótni, które między nimi występują - zawsze służą ramieniem do wypłakania się. Pojawia się także postać Stevena, kuzyna przystojnego Tobiasa, który nieźle namiesza i odegra równie ważną rolę. 

Jak dla mnie książka bardzo dobra. Czytało się ją bardzo przyjemnie. Jak już pisałam to nie jest moje pierwsze spotkanie z tą autorką i z pewnością nie ostatnie. Bardzo lubię styl Samanthy Young i jej pomysły na rozwiązywanie trudnych sytuacji. W (nie)zwyczajnej bardzo poruszyła mnie relacja z rodzicami, której nie potrafię sobie wyobrazić w życiu osobistym. 

Co tu dużo pisać, koniecznie przeczytajcie :) 
Moja ocena 9/10 :)

Jak przetrwać pierwszy trymestr ciąży?

Wraz z pojawieniem się dwóch kresek na teście, radością nie opisania niestety, ale musimy zmierzyć się z nieprzyjemnymi dolegliwościami. Gdy przeglądam forum zdarzają się kobiety, które od początku czują się doskonale, jednak ja to biorę z lekkim przymrużeniem oka. Już dawno temu nauczyłam się nie wierzyć we wszystkie te posty na forach, przechwalanie się i "dobrych rad". Nie wydaje mi się, żeby istniała kobieta, która nie odczuwa w ogóle stanu błogosławionego w pierwszym trymestrze. 

U mnie osobiście zaczęło się już w piątym tygodniu. Ból piersi podobnie jak na miesiączkę, lecz nieco bardziej "uciążliwy". Czułam, że mi je rozsadzi przez kilka dni, a noszenie biustonosza sprawiało mi niemały dyskomfort. Minęło po dwóch tygodniach i do dzisiaj nie czuję większych zmian jeśli chodzi o piersi. Dlatego też zaczyna mnie to martwić czy aby na pewno będę miała pokarm? Ponoć każda kobieta ma na początku i potem tylko zależy jak się do tego przyłożymy. 

Około siódmego tygodnia pojawiły się znienawidzone przez wszystkie kobiety w ciąży mdłości. Mdliło mnie gdy poczułam ostrzejsze zapachy, nie mogłam przejść przez centrum handlowe w którym znajdowały się restauracje typu SPFINX. Ba, nawet nie pomyślałam o KFC ani Mcdonaldzie - kurczaczki nie przeszłyby mi przez gardło. 

Jadłam przeważnie kanapki z almette, które chyba najlepiej się u mnie sprawdziły. Zapiekanki z żółtym serem też znosiłam i zupy (najbardziej czerwony barszcz). Teraz wydaje mi się to śmieszne, ale miałam nawet problem z pokrojeniem kurczaka na obiad dla męża. Totalnie mnie to przybiło, a wymioty pojawiały się przynajmniej dwa razy dziennie. Co najciekawsze, największe mdłości zaczynały mi się po godzinie dziewiętnastej, a nie rano jak większości kobiet. Ulgę przynosiła herbata z cytryną i gumy pregna vomi. Herbata imbirowa jak wszyscy polecali jeszcze bardziej nasilała dolegliwości. 

Oprócz mdłości byłam bardzo senna. Po pracy przeważnie kładłam się na dwie, trzy godziny.  Jednak te początkowe tygodnie życia maluszka w naszym brzuszku zmieniają całą pracę organizmu. Już od samego początku biegałam w nocy do łazienki. W dzień mogłam spać ile się dało, ale w nocy chodziłam jak mara, a wstawałam niczym ranny ptaszek przed szóstą. 

Nie mogłam się na niczym skupić, o czytaniu nie było mowy. Miałam też utrudnienia, bo akurat w tych najgorszych chwilach szalały upały i to ani trochę nie pomagało. W pracy parno, w domu większość pomieszczeń od południa - można było wyzionąć ducha. Nie wyobrażam sobie jak kobiety na ostatnich nogach muszą przetrwać kosmiczne temperatury. 


Kolejną dolegliwością jest ból okolicach jajników/macicy. Już od samego początku wszystko się tam powiększa, co sprawia ból podobny do miesiączkowego. Jeżeli tak będziecie miały - nie martwcie się, to całkowicie normalne :) Nawet lekkie ukucia to nic złego, chyba, że często będą się pojawiały i nasilały, wtedy biegiem do lekarza. 

Nie powiem, miałam chwile słabości i narzekałam. Szczególnie kiedy w niedziele na stół wjechał gulasz z kaszą, a ja po dwóch kęsach nie mogłam jeść dalej. Jednak! Gdy poszłam na usg, zobaczyłam tą malutką istotkę na ekranie i usłyszałam jak bije serduszko wszystkie złości minęły. Wtedy pomyślałam sobie "niech się dzieje co chce, mogę rzygać dzień i noc, dla takiego maluszka warto przetrwać wszystko!". Naprawdę, gdy widzi się te pykające serduszko i w dodatku lekarz mówi, że wszystko rozwija się prawidłowo... świat nabiera barw i wszystko inne przestaje mieć znaczenie :) 

Cały pierwszy trymestr byłam pozytywnie nastawiona i miałam ogromną nadzieję, że drugi trymestr przyniesie ulgę. Tak też się stało, nawet wcześniej niż się tego spodziewałam. Jeszcze przed ukończeniem dwunastego tygodnia wszystko minęło, a ja... zaczęłam żyć jak nigdy wcześniej. Nawet nie wyobrażacie sobie jakiej dostałam energii. Do pracy leciałam na skrzydłach, po pracy w ogóle nie spałam. Długie spacery, zapał do książek wrócił w mgnieniu oka i jeszcze bardziej zaczęłam cieszyć się powiększającym się brzuszkiem. W dwunastym tygodniu już było widać, a ja nie mogłam przestać miziać, głaskać i mówić do niego - chociaż jeszcze maleństwo nie było w stanie tego usłyszeć :)

Już to kiedyś pisałam, ale powtórzę. Życzę z całego serca każdej kobiecie, która oczywiście chce zostać mamą, aby doświadczyła tego CUDU. Dla mnie to cud i niedowierzanie, że za kilka miesięcy pojawi się dzieciątko i będę je tuliła do piersi. Teraz cieszę się drugim trymestrem i kopniakami, które z każdym dniem się nasilają :)

"Mamo, jestem w ciąży!"

Jeszcze długo przed ślubem moim marzeniem było założenie rodziny i bycie mamą. Może nie teraz, ale w przyszłości to było spełnienie moich marzeń. Długo nad tym wszystkim się zastanawiałam i doszłam do wniosku, że najbardziej obawiam się reakcji mamy. To, że z czasem będzie się cieszyć to było pewne. Dla niej także posiadanie rodziny było priorytetem. Jednak zawsze słyszałam: "masz jeszcze czas", "jeszcze popracuj żebyś miała dobre stanowisko", "jesteś młoda, przyjdzie czas i na dzieci". To mnie nieco hamowało i przygnębiało, chociaż doskonale wiedziałam, że to nasze życie i my decydujemy kiedy założyć rodzinę. 

Takie słowa również słyszałam po ślubie, co nieco zbiło mnie z tropu i coraz bardziej zaczęłam się zastanawiać jak przekaże mojej mamie tą nowinę, gdy już to się spełni. Bóg chciał, że nie musieliśmy czekać długo. Spełniło się nasze marzenie pięć miesięcy po ślubie i magiczne dwie kreski pojawiły się na teście. 

Pamiętam to jak dziś. Coś mi nie dawało spokoju, tak jakbym czuła, że coś się we mnie zmienia. Spałam niespokojnie, budziłam się wcześniej niż zwykle.  Był poranek, dwudziestego szóstego maja, czyli dzień mamy. Wstałam, złożyłam mamie życzenia i poszłam do łazienki. Wzięłam test, zrobiłam i go odłożyłam. Po kilku minutach spojrzałam i... zamarłam. Dwie kreski, które na dobre zmieniły nasze życie. Byłam w szoku, nie dowierzałam. Miałam milion emocji na minutę. Strach, przerażenie, ale także niewyobrażalną radość. 

Nie muszę mówić o dzisiejszych czasach, kiedy bardzo dużo par ma problemy z płodnością. Tego także obawiałam się najbardziej. 

Pierwszą osobą oczywiście był mój mąż. Obudziłam go od razu, pokazałam test i powiedziałam "będziesz tatą!" ucieszył się lekko nie dowierzając, przytulił mnie i wiecie co? poszedł dalej spać! Nie wiedziałam czy ta wiadomość do niego dotarła czy nie. Dopiero później gdy wstał spytałam się czy wie co mu rano powiedziałam i potwierdził, że bardzo się cieszy.

Wtedy pojawił się dylemat kiedy powiedzieć mamie. 

Od zawsze miałyśmy dobry kontakt, raczej mówiliśmy sobie o wszystkim. Podczas tych emocji stwierdziłam, że to dobry moment. Dzień mamy to jednak dzień wyjątkowy i tym sposobem sprawię mamie kolejny prezent tego dnia. Poszłam więc do pokoju, trzymając test w ręce i najzwyczajniej w świecie zaczęłam płakać. Z radości, ale również obawy i wtedy stało się. Mama podeszła do mnie, przytuliła i spytała co się dzieje. Gdy zobaczyła test przytuliła mnie jeszcze mocniej i powiedziała "nie płacz głuptasie, będziesz mamusią!" Nigdy nie zapomnę tych słów, po których obydwie zaczęłyśmy płakać - tym razem już z radości. 


Po tych słowach moja mama oszalała ze szczęścia. Mam wrażenie, że stała się zupełnie inną osobą. Jeszcze bardziej ciepłą, opiekuńczą i zaczęła mnie traktować poważniej niż do tamtej pory. Na dzień dzisiejszy kilka razy dziennie całuje mój brzuszek, mówi, że to jej Niunia i cieszy się z każdym otrzymanym kopniakiem. Powoli zaczyna się zakupowe szaleństwo i nie może przejść z pustymi rękami przez dział dziecięcy.  Nie kłócimy się prawie wcale i za co jestem Jej najbardziej wdzięczna to fakt, że bardzo się mną zaopiekowała podczas pierwszego trymestru, który znosiłam okropnie, ale o tym innym razem! :)

Razem z tym wydarzeniem doszłam do wniosku, jak ważną osobą w moim życiu jest mama. Mam wrażenie, że bardziej zaczęłam ją doceniać, a sobie obiecałam, że w przyszłości będą tak cudowną mamą, jak moja :)

PS. A ja jako przyszła mama nie mogłam wyobrazić sobie lepszego prezentu 26 maja <3

"Obserwuje Cię" Teresa Driscoll

Dzisiaj witam Was książką, którą czytałam w zeszłym roku. Bardzo polecam jeśli lubicie książki z tzw. dreszczykiem emocji :)

Jest lipcowy, spokojny dzień. Elle Longfield podczas podróży pociągiem spotyka dwie młode dziewczyny. W pewnym momencie dosiada się do nich dwóch młodych mężczyzn. Nie byłoby w tym nic podejrzanego, gdyby podczas rozmowy Elle nie podsłuchała, że właśnie wyszli z więzienia. Dziewczyny są nimi zafascynowane, co wydaje się normalne w tym wieku. Podczas podróży Sarah (jedna z dziewczyn) wdaje się w intymną sytuację z jednym z chłopaków. Gdy Elle opuszcza pociąg czwórka dalej przebywa w swoim towarzystwie. Gdy następnego ranka Elle włącza wiadomości - zamiera. Na ekranie jest zdjęcie Anny (drugiej dziewczyny) oraz informacja o jej zaginięciu. W głowie naszej bohaterki automatycznie pojawia się myśl, że to spotkani mężczyźni stoją za całą sprawą.Czy aby na pewno?


Druga z przyjaciółek wraca do domu. Staje się cicha, wycofana i nie orientująca się w całej sytuacji. Po kilku dniach Elle nie wytrzymuje i udaje się na policję. Zeznaje iż widziała nastolatki z podejrzanymi chłopakami, dając tym samym trop w ich kierunku. Niestety śledztwo nie przynosi rezultatów, nie ma żadnych śladów ani punktu zaczepienia. Spotkani młodzi mężczyźni mają alibi, co wyklucza ich z grona podejrzanych. Rodzina dziewczyny jest zdruzgotana, bezsilna. A przyjaciółka próbuje odebrać sobie życie.

Mija rok. Podczas tego czasu do mediów wypływa tożsamość Elle i od tej pory zostaje uważana za świadka, który widział co się święci, a nie zareagował. I właśnie wtedy Elle zaczyna otrzymywać anonimy. "Czemu nic nie zrobiłaś", "To Twoja wina", "Obserwuje Cię". Kobieta jest załamana, nie potrafi sobie z tym poradzić i co najgorsze boi się przebywać sama. Policja wszczyna śledztwo i od tej pory akcja nabiera tempa. Pojawiają się nowe poszlaki, nowe zeznania i osoby zamieszane w porwanie. Jak to się skończy? Kto okaże się sprawcą i jaki miał motyw? I najważniejsze pytanie: Czy Anna żyje? Przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie :))

Książka bardzo fajna,trzymająca w napięciu do samego końca. Pisana w sposób łatwy i przyjemny. Szybko się czyta i co najważniejsze czytelnik angażuje się w całą sprawę. Rozdziały pisane są z kilku perspektyw. Świadka czyli kwiaciarki Elli, przyjaciółki, ojca ofiary, prywatnego detektywa oraz samego sprawcy czyt. obserwatora. Jeśli lubicie kryminał z dużą dawką psychologii - ta książka jest zdecydowanie dla Was :)

Czuję jesień w powietrzu - moje plany na wrzesień 🍁🍂

Gdy dzisiaj przed południem pojawił się deszcz pierwsze co pomyślałam - NARESZCIE. Nawet nie wiecie jak bardzo czekałam na ten dzień kiedy upały zastąpi jesienny chłód. W końcu można oddychać, nie zalewam się potem podczas zwykłego siedzenia, a i ciepła herbata z cytryną wjechała na salony i smakuje po prostu cudownie. 

Jesień to zdecydowanie jedna z moich ulubionych pór roku. Można bezkarnie wylegiwać się pod kocem, z kubkiem kakao i zaczytywać się w dobre książki. Nie powiem, przyznaje się bez bicia, że jestem typowym jesiennym leniwcem i bardzo mi z tym dobrze. Wrzesień to zapowiedź tego, co najlepsze. 

Letnie ubrania powoli znikają z szafy, a ciepłe sweterki zastępują ich miejsce. To jest kolejny powód dla którego lubię chłodniejsze dni. Uwielbiam ciepłe, grube swetry, w których mogę dosłownie się zatopić. Wieczór przy świecach także brzmi zachęcająco, prawda? W najbliższym czasie muszę zrobić nowe zapasy moich ulubionych świeczek zapachowych, które będą umilać te magiczne chwile.

Nie wiem dlaczego, ale właśnie jesienią włącza się we mnie dusza fotografa. Mam ochotę fotografować wszystko co wpadnie mi w ręce, wymyślam różne układy książek, które staną się moimi obiektami. Pierwszym efektem jest dzisiejsze zdjęcie, które po prostu musiałam zrobić, bo nie mogłam usiedzieć na miejscu. I niestety, znowu pojawiają się myśli jak byłoby cudownie mieć idealnego instagrama, z nienagannymi zdjęciami, które będą idealnie do siebie pasować. Wiem jednak, że ta fascynacja trwałaby krótko i prędzej czy później znowu dodawałabym wszystko jak leci. Więc sama siebie pilnuje, aby nie dać się ponieść emocją, których obecnie mi nie brakuje. 


Dzisiaj także byłam w pracy po urlopie. Nawet ja sama nie zdawałam sobie sprawy jaka to dla mnie będzie radość. Jednak dwa tygodnie w zupełności wystarczają aby naładować akumulatory i nabrać dystansu do pewnych spraw. Jeszcze tak dobrze się nie czułam, a przynajmniej sobie nie przypominam. Pewnie w połowie tygodnia zacznie się marudzenie i wielkie odliczanie do weekendu, ale ciii, na razie jest całkiem przyjemnie :) 

Wrzesień jest także miesiącem książek. Dłuższe wieczory sprzyjają czytaniu, a ja mam kilka ciekawych pozycji na wrześniowej liście. Obecnie czytam "Maresi. Kroniki czerwonego klasztoru" i jestem zachwycona. Przede mną dwie kolejne części, które są póki co priorytetem. Z pewnością będę jeszcze nie raz tutaj o tym wspominać. Mam także nadzieje, że ten miesiąc będzie sprzyjać mojemu blogowaniu, bo co jak co, tutaj czuje się najlepiej :)

A wy, lubicie wrzesień i dłuższe jesienne wieczory? Czy raczej będziecie tęsknić za piekącym słońcem i upałami nie do zniesienia? :)

Urlop w domu - to nie odpoczynek?

Gdy wypisywałam kartę urlopową wszyscy współpracownicy zaczęli dociekać gdzie wybieramy się na dwutygodniowy odpoczynek. Moja odpowiedź brzmiała "nigdzie, zostajemy w domu", po czym wszyscy patrzyli na nas jak na kosmitów. I tutaj pojawia się moje pierwsze pytanie: "czy urlop w domu to coś złego?". Moim zdaniem to dobra opcja na całkowity odpoczynek. 

Jasne, fajnie byłoby wyjechać do ciepłego kraju pod palmy (chociaż w tym roku Polska stała się miejscem nieco egzotycznym), ale sama wiem po sobie, że jest więcej zachodu (pakowanie, podróż, zwiedzanie itp) niż odpoczynku. Teraz pewnie większość z Was pomyśli co ja wypisuję, ale osobiście potrzebowałam tych dwóch tygodni na zebranie sił i pobyt w domu bardzo mi w tym pomógł. Można powiedzieć, że odpoczęłam za wszystkie czasy, więc te dwa tygodnie nie poszły na marne. W międzyczasie zrobiłam generalny przegląd szafy (to nic, że po dwóch dniach pojechaliśmy na zakupy i tyle samo ile wyrzuciłam rzeczy - tyle doszło nowych :D). Zrobiłam generalny porządek w pozostałych szafkach, przeczytałam trzy książki i nadrobiłam seriale. A przede wszystkim, co dla mnie najważniejsze - odpoczęłam, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Potrzebowałam tego wyciszenia i chwili oddechu od konfliktowych pacjentów i czasami marudnych współpracownic. Miałam dość narzekań lekarzy, pielęgniarek - serio, to są chyba najbardziej narzekający ludzie na świecie. 


Poza tym nawet jakbym chciała gdzieś pojechać, to niestety mój mąż nie miał urlopu więc albo pojechałabym sama, albo w ostateczności z mamą, która tak jak ja potrzebowała oddechu i wyciszenia.

Nie uważam, że na urlopie w domu nie można odpocząć. Wręcz przeciwnie, ja odpoczęłam bardzo i pewnie nie jeden taki urlop przed nami. Co prawda w przyszłym roku chcemy gdzieś pojechać już w trójkę, a co z tego wyjdzie - zobaczymy :)

"Milion nowych chwil" - Katherine Center

Walentynkowy wieczór oraz romantyczny lot samolotem, podczas którego mężczyzna jej życia postanawia się oświadczyć. Czy może być coś piękniejszego? Raczej nie, jednak radość nie trwa zbyt długo. Podczas lądowania dochodzi do wypadku. Margaret budzi się w szpitalu i od tej pory jej życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Na szczęście są przy niej rodzice, którzy wspierają ją od samego początku. Natomiast narzeczony Chip wychodzi bez szwanku, zmaga się poczuciem winy, przez co oddala się od narzeczonej, uciekając w alkohol. 

Po kilku dniach okazuje się, że oparzenia ręki i szyi to najmniejsze zmartwienie. Podczas uderzenia doszło do uszkodzenia kręgosłupa i Margaret prawdopodobnie już nigdy nie stanie na nogi. 

Niespodziewanie w  szpitalu pojawia się siostra Margaret, Kitt, z którą nie miała kontaktu od ponad trzech lat. Podczas spotkania na jaw wychodzą tajemnice rodzinne, siostra wyjawia powód przez który wyjechała bez słowa pożegnania i dlaczego nie próbowała nawiązać kontaktu z siostrą. Tajemnice z przeszłości odbijają się na całej czwórce. Natomiast na drodze Margaret staje przystojny szkot, rehabilitant, który za wszelką cenę chce zmotywować ją do ćwiczeń, jednak bardzo ciężko nawiązać z nim kontakt. 



Jak potoczą się dalsze losy i czy miłość Margaret i Chipa przetrwa tą ciężką próbę? Czy w końcu uda się stanąć na nogi?

To moje pierwsze spotkanie z tą autorką. Co przekonało mnie do przeczytania tej książki? Ciekawy opis oraz ocena innych czytelników. To historia o miłości, przebaczaniu i radzeniu sobie z przeciwnościami losu na które nie mamy wpływu. To opowieść o chorobie, walce o każdy dzień z nadzieją, że pewnego dnia paraliż ustąpi i wszystko wróci do normy. Chwilami wzruszająca, za chwile zabawna i poważna. 

Moja ocena 8/10 

Badam się regularnie, a Ty?

Temat badań mam wrażenie staje się tematem, którego lepiej nie poruszać. Wydaje mi się, że większość osób stroni od tego jak tylko można. Podejrzewam, że jest to spowodowane niczym innym jak strachem przed wynikiem, który może okazać się zły i na zawsze zmienić nasze życie. 

Przyznaje się bez bicia, że ja strasznie nie lubię badań. Po pierwsze pobieranie krwi jest dla mnie dużym przeżyciem, ponieważ nie mam praktycznie żył i aby znaleźć chociażby jedną porządną trzeba się nieźle napocić. A po drugie ja nie lubię czekać na wyniki. Wolałabym wiedzieć od razu i po sprawie. 

W tym roku, a dokładniej w kwietniu postanowiłam z koleżanką z pracy skontrolować swoje wyniki. Mamy gotowe druczki więc wystarczy tylko zaznaczyć co chcemy i finito. A więc poszalałyśmy. Począwszy od tych podstawowych jak morfologia, mocz, ob, glukoza, a kończąc na tych poważniejszych, bo czemu nie? Przecież nic mi się nie dzieje, czuje się dobrze, więc to tylko formalność. 


Gdy następnego dnia odebrałam wyniki.. zamarłam. Wszystko w porządku, jednak podwyższone TSH (hormon tarczycy). Początkowo pomyślałam sobie "a to pewnie jakiś błąd". Nawet lekarz, do którego chodzę uważał, że to błąd odczynników, bo przecież nie mam żadnych objawów. Więc za dwa dni ponowiłam badania, które okazały się równie wysokie. Muszę przyznać się bez bicia, że trochę mnie to załamało. Zaczęłam czytać w internecie (co jest bardzo złym pomysłem, bo można się naczytać takich głupot, że depresja murowana). Podejrzenie bardzo teraz "słynnej" choroby hashimoto, niepłodność lub poronienia. To główne skutki, które bardzo mnie przygnębiły. No ale trudno, stało się, trzeba się z tym zmierzyć.

Czym prędzej dostałam skierowanie do poradni endokrynologicznej i zaczęłam poszukiwania. I właśnie w tym momencie zrozumiałam na własnej skórze jak działa dzisiejsza służba zdrowia. Tryb stabilny ze skierowaniem - czas oczekiwania półtorej roku. W głowie milion myśli - przecież nie mogę tak długo czekać, bo zwariuję. Trudno, muszę iść prywatnie. Dostałam termin w ciągu tygodnia. W między czasie u siebie w przychodni wykonałam USG tarczycy czy nie ma guzków czy innych niepokojących zmian - na szczęście czysto, więc jeden kamień z serca.

Trafiłam do bardzo fajnej pani doktor endokrynolog. Zrobiła szczegółowy wywiad, zbadała mnie, wykonała również usg tarczycy po czym stwierdziła, że mam bardzo małą tarczycę, w dolnej granicy normy i są dwie opcje: hashimoto lub taka moja uroda. Dostałam leki, zaczynając od małej dawki Euthroxu N50. Gdy wyszłam z gabinetu chciało mi się płakać. Poszłam do apteki, wykupiłam receptę i stwierdziłam, że już na zawsze jestem skazana na leki. 

Jednak, tutaj pojawiła się niespodzianka. Po tygodniu od wizyty okazało się, że jestem w ciąży. Ze strachu przed tymi wszystkimi nieprzyjemnymi skutkami o których się naczytałam poleciałam ponownie do pani doktor. I tamtego dnia gdy w poczekalni zobaczyłam 3/4 pacjentek ciężarnych czekających właśnie do endokrynologa, uspokoiłam się. W końcu nie ja pierwsza, nie ostatnia. Dostałam od razu większą dawkę, częstsze kontrole. Obecnie TSH mam idealne, maluszek rośnie i jestem szczęśliwa. Ponadto wykluczono u mnie hashimoto więc kolejny krok do przodu. Większość lekarzy twierdzi, że po ciąży moje hormony mogą się na tyle wyregulować, że nie będę potrzebować żadnych leków - oby! Liczę na to bardzo :)

Moja historia może i jest banalna, ale powinna być dla większości - szczególnie kobiet przestrogą. Jasne, pewnie podczas badań ciążowych wyszłoby mi tak czy inaczej, ale znając sytuację wcześniej zaczęłam brać leki zaraz w początkowych tygodniach co spowodowało tym, że gdy maluszek najbardziej się rozwijał moje hormony nie wariowały, tylko pracowały jak należy. Nie wiem czy to ma jakiś wpływ, myślę, że tak. Dlatego tym bardziej jestem szczęśliwa, że wyszło mi to wcześniej i mogłam zareagować w ekspresowym tempie. Gdy rozmawiałam jakiś czas z położną powiedziała mi tylko tyle: "teraz można policzyć na palcach jednej ręki, która ciężarna nie ma problemów z tarczycą." 

Dlatego nie bójcie się badać. Nigdy nie wiadomo co przyniesie nam los :)

"Zanim się pojawiłeś" - Jojo Moyes

Dzień dobry! Nadszedł czas na książkę, którą z całego serca chciałabym polecić. Jeśli lubisz powieści z wątkiem miłosnym, ale również z bolesnymi doświadczeniami i przeciwnościami losu - ta książka zdecydowanie jest dla Ciebie :) 

O książkach Jojo Moyes w ostatnim czasie zrobiło się bardzo głośno. Szczerze powiedziawszy podchodziłam do tej autorki z dużym dystansem, aż do pewnego dnia kiedy koleżanka z pracy opowiedziała mi troszkę o fabule książki "Zanim się pojawiłeś". Właśnie wtedy zapragnęłam ją przeczytać i wiecie co? Nie żałuję ani minuty przy niej spędzonej.

Główną bohaterką jest energiczna, ubierająca się kolorowo i niesamowicie wesoła Luisa, która nagle traci dotychczasową pracę w pobliskiej kawiarni. Ze względu na ciężką sytuację rodzinną musi za wszelką cenę znaleźć nowe zajęcie. W biurze pracy pojawia się oferta nie do odrzucenia, bowiem bogata rodzina szuka opiekunki dla swojego sparaliżowanego syna, który sprzed dwóch laty cudem przeżył wypadek. Oferta na pół roku, bardzo dobre zarobki więc Lou bez zastanowienia przyjmuje posadę. Jeszcze wtedy nie wie, że ta decyzja na zawsze zmieni jej życie.


Will jest zgorzkniałym, aroganckim trzydziestolatkiem, z porażeniem czterokończynowym. Dla wszystkich jest nieuprzejmy, a nawet można powiedzieć, że wredny, mający żal do całego świata, że to spotkało właśnie jego. Początkowo tej dwójce bardzo trudno jest znaleźć wspólny język, ba! wydaje się to nawet niemożliwe. Ona wiecznie uśmiechnięta, bawiąca się kolorami w postaci nietypowych ubrań, niepotrafiąca usiedzieć na miejscu. On odpychający ludzi od siebie, nie znosi pomocy od innych i najchętniej spędzałby dzień na wózku, patrząc w okno.

Pierwsze kilka tygodni pracy tam to prawdziwy koszmar, przez myśli Lou przechodzi nawet rezygnacja, jednak coś pęka. Nagle zaczynają spędzać czasu więcej ze sobą, zaczyna między nimi rozwijać się rozmowa i... pojawia się uczcie, które trudno będzie okiełznać. Jak potoczą się ich dalsze losy? Czy zdecydują się na związek, który tak naprawdę pozostawia bardzo dużo do życzenia? 

Dla Lou największym oparciem jest siostra, która od samego początku wspiera ją w działaniach. Razem wymyślają miejsca, gdzie można pojechać z osobą niepełnosprawną. Niezawodnym przyjacielem okazuje się także Nathan, rehabilitant Willa, który doskonale rozumie sytuację jaka ma miejsce i również pomaga w przygotowaniach wyjazdów, czy ich realizacji. 

Książka naprawdę warta przeczytania. Przez większość książki śmiałam się głośno, bawiłam razem z bohaterami, przeżywałam wszystko razem z nimi. Pod koniec zrobiło się nieco smutno, poleciało nawet kilka łez, ale właśnie o to chodzi w książkach. Wywołują u nas bardzo dużo, różnych emocji. Dlatego kończąc mamy ochotę na jeszcze. Przecież to nie mogło się tak skończyć! - pomyślałam będąc na ostatniej stronie. Moja ocena 8/10

Na szczęście to jeszcze nie koniec. Jest ciąg dalszy przygód Lou, którą Wam serdecznie polecam już teraz. Z pewnością napiszę o drugiej części "Kiedy odszedłeś" w kolejnych postach. 

PS. na podstawie książki "zanim się pojawiłeś" powstał film. Musze Wam się przyznać, że nieco mnie rozczarował, ponieważ (co wiadome) nie było pokazanych wszystkich sytuacji, moim zdaniem niesamowicie istotnych. Aczkolwiek emocje po filmie były naprawdę duże i niestety bez chusteczek się nie obeszło :P

Ślub w grudniu... po południu :)

Kiedy rok temu ogłaszaliśmy rodzinie i najbliższym znajomym na kiedy zaplanowaliśmy nasz ślub nikt nie ukrywał zdziwienia. "Jak to ślub zimą? W grudniu? Zwariowaliście!". Zdaje sobie sprawę, że mogło to wywołać zaskoczenie, bo większość par jednak planuje to latem, kiedy pogoda jest piękna, wszędzie zielono, jasno i słonecznie. Jednak grudzień kojarzy się z szarością, zimnem i deszczem. O lekkim śniegu po cichu marzyliśmy, ale niestety - nie udało się. 

A więc dlaczego postanowiliśmy, że nasz najważniejszy dzień będzie w grudniu? Po pierwsze tylko w Święta Bożego Narodzenia nasze rodziny mogą w komplecie przyjechać zza granicy. Wstępnie chcieliśmy w sierpniu, ale (nie)stety nie udałoby się zgrać wszystkich gości. Po drugie moi rodzice ślubowali właśnie w drugi dzień świąt, czyli 26 grudnia, dlatego ta data była tym bardziej bliska memu sercu. A po trzecie obydwoje nie wyobrażaliśmy sobie ślubu i wesela w trzydziestostopniowym upale. Nie dość, że towarzyszą temu niesamowite emocje, to jeszcze upał? O nie! :)


Z organizacją nie było większego problemu. Nie chcieliśmy wielkiego wesela na sto osób. Chcieliśmy skromnie, w najbliższym gronie i tak właśnie było. Znaleźliśmy restauracje na miejscu, bardzo blisko kościoła i przede wszystkim z najlepszym jedzeniem w okolicy. Kameralnie, ale nie ukrywam... zabawa była do białego rana - trudno było skończyć, co było dla nas największym zaskoczeniem. 

Największym problemem był dla mnie fryzjer i kosmetyczka. Przecież wszystkie salony zamknięte, a gdy pisałam do makijażystek prywatnie - nikt nie chciał pracować w święta, co jest dla mnie zrozumiałe. Jednak Święta Bożego Narodzenia to czas spotkań rodzinnych i każdy chce spędzić je z najbliższymi, a nie jeździć po klientach i pracować kilka godzin. Na szczęście moja fryzjerka, która od ponad dwóch lat zajmuje się moimi włosami sama się zaoferowała, że przyjedzie do salonu, aby mnie uczesać. Moja radość była ogromna - w końcu jeden problem z głowy. Z makijażem było ciężko, dlatego postanowiłam, że sama się pomaluję. W końcu trochę znam się na kosmetykach. Skończyło się na tym, że malowałam siebie, mamę, świadkową i bratową. Może kiedyś otworzę własny biznes? :D 

Pogoda była dla nas wymarzona. Chociaż godzinę przed był mały deszcz, tak później było idealnie. Z drugiej strony ja chyba nie jestem zbyt obiektywna, ponieważ było mi tak gorąco z emocji, że nawet w kościele ściągnęłam swoje futerko i stałam w koronkowej sukni. Naprawdę, było mi gorąco. Na drugi dzień podczas rozmów rodzina mojego męża troszkę narzekała, że po wyjściu z kościoła wiało, ale potem podczas wesela już było im wszystko jedno :D Dodatkowo zobaczcie wystrój kościoła. Choinki, stajenka przed nami i światełka dodały tak magicznego klimatu, że nie mogłam się napatrzeć. 


Bardzo miło wspominam ten czas i wiecie co? Nie chciałabym ślubu w innym terminie. Lepszego dnia nie mogliśmy wybrać, a data jest na tyle symboliczna, że... mój mąż, który zazwyczaj zapomina nasze daty - tej nigdy nie ominie :D 

Zastanawiam się czy ktoś jeszcze chciałby ślub w drugi dzień świąt? Zimową porą? :) Osobiście znam kilka par, które właśnie zdecydowały się na ten okres. Ponadto kiedy moi rodzice brali ślub byli ósmą parą właśnie dwudziestego szóstego grudnia. Kiedyś to była bardzo popularna data. W zeszłym roku byliśmy tylko my (oczywiście w parafiach w naszym mieście), co było przynajmniej dla mojej mamy nie lada zaskoczeniem :)

Ach, teraz wspominając ten dzień - chciałabym to przeżyć jeszcze raz ♥

Nasza podróż poślubna część I - jak to się wszystko zaczęło?

Odkąd pamiętam zawsze lubiłam podróżować. Do dzisiaj każda wyprawa, nawet mała wycieczka jest dla mnie czymś ekscytującym i podchodzę do tego bardzo entuzjastycznie. Tak było właśnie z naszą podróżą poślubną. Moja niekończąca się radość, gdy załatwialiśmy wszystkie formalności, a przed samym wyjazdem stres i noc nie przespana. Czym tak naprawdę się denerwowałam? Teraz wydaje mi się to głupie, ale wtedy kompletnie nie wiedziałam jak sobie poradzimy będąc tam na miejscu, w dodatku gdy niekoniecznie władamy językiem angielskim na wyższym poziomie. To była nasza pierwsza wyprawa przez biuro podróży. Dotychczas zawsze po przybyciu na miejsce czekał na nas ktoś z rodziny, a tutaj... zupełnie obcy kraj, ludzie i nikogo znajomego obok. Łatwo nie było, jednak będąc już w pokoju hotelowy biłam się w czoło jak mogłam być taką panikarą. Cóź, panikara to moje czwarte imię wiec nie ma się co dziwić :D Naszym wyborem była jedna z wysp kanaryjskich - Gran Canaria :)


Co prawda po wylądowaniu i odebraniu bagaży nikt z biura podróży na nas nie czekał, tak jak mnie wszyscy zapewniali. Po kilku minutach zorientowaliśmy się, że zaraz przed wejściem jest mała budka z logiem biura, którego tak uparcie wypatrywaliśmy. Tam dowiedzieliśmy się wszystkich szczegółów - do którego autokaru mamy się udać i jak się zameldować w hotelu. Nie było źle! Przemiła obsługa (przystojnych panów!) dodała nam odwagi, a na powitanie dostaliśmy nawet po drinku (chyba było po nas widać zdenerwowanie i chcieli nas rozluźnić!). Najzabawniejsze jest to, że już na parkingu w Katowicach gdzie zostawialiśmy samochód poznaliśmy bardzo fajną parę - starsze małżeństwo, z którymi rozstaliśmy się przed wejściem do terminala odlotów życząc miłej podróży kompletnie nie zdając sobie sprawy, że zmierzamy w tym samym kierunku.Spotkaliśmy się dopiero w autokarze na Gran Canarii rozwożącym po hotelach. Śmiechu było co nie miara, gdy okazało się że mamy ten sam hotel. Od tamtej pory było nam lżej na duszy i poczuliśmy się troszkę pewniej, bowiem pani R. z mężem mają podróże w jednym palcu i po raz szósty jak się później okazało byli na tej wyspie. Przez myśl przeszło mi, że tylko my takie ciecie jesteśmy, ale po tej wycieczce się to odmieni i będziemy przynajmniej dwa razy w roku organizować sobie taki wyjazd. Swoją drogą już jesteśmy w trakcie debat gdzie wybierzemy się gdy nasze maleństwo trochę podrośnie. Spodobało mi się te całe podróżowanie! :)


Pierwszego dnia wszystko było dla nas nowe. Odnalezienie naszego pokoju zajęło nam pół godziny, prawie spóźniliśmy się na obiad, a po zjedzeniu nie wiedzieliśmy co zrobić z naczyniami, czy mamy odnieść czy kelner to od nas zabierze. Pisząc to śmieje się, ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu. W ogóle wydawało mi się, że wszyscy na nas patrzą - co tak naprawdę było moim chorym wymysłem, bo tam każdy żyje swoim życiem i kompletnie nikt nie zwraca uwagi na osoby trzecie. Zupełnie inne podejście ludzi i serdeczność wywołały we mnie bardzo miłe uczucia. W większości dlatego bardzo mile wspominam tamtejszych mieszkańców i pracowników hotelu, którzy spisali się naprawdę na medal i stanęli na wysokości zadania, aby te osiem dni były dla nas wszystkich czymś wyjątkowym, z czym na co dzień nie mamy styczności. Na początku zapoznaliśmy się z hotelem, pięć razy zabłądziliśmy, a ja dziesięć razy prawie się zabiłam na schodkach prowadzących na 'tarasy'. Żałujcie, że mnie nie widzieliście, niezły był z tego kabaret, a mój mąż prawie posikał się ze śmiechu. 

Na terenie naszego hotelu znajdowały się trzy baseny, oraz przepiękne oczko wodne bogate w małe i większe ryby. Zobaczyłam także kwiaty, których nigdy nie miałam okazji u nas zobaczyć. Chociaż niestety nie wiem jak się nazywają mam je na zdjęciu, ku pamięci :)


Nie odmówiliśmy sobie pierwszych drinków i tutaj wyobraźcie sobie jak nieśmiało zbliżaliśmy się do baru i z jakimi emocjami musieliśmy się bić aby owe drinki zamówić. Komedia, mówię Wam, komedia. Oczywiście z każdym dniem było coraz to lepiej i jestem pewna, że następnym razem nie będziemy tak bardzo wyobcowani :P

Widok z okna mieliśmy taki sobie. Widzieliśmy z daleka ocean, jednak po dwóch dniach stwierdziłam, że lepiej byłoby mieć balkon po drugiej stronie żeby widzieć basen i scenę, na której co wieczór odbywały się występy animatorów. 

Byliśmy tak podekscytowani, że nie chcieliśmy tracić czasu. Po stresującym obiedzie wybraliśmy się na pobliskie wydmy Maspalomas - byłam niesamowicie ciekawa i wiecie co? mogłabym tam spacerować codziennie.


Niesamowita frajda i radość chodząc po górach z ciepłego piasku, wdychając świeże powietrze w obecności ukochanego męża, który przez cały wyjazd spisywał się na medal. Za każdym razem gdy chciałam włączał aparat i robił zdjęcia bez słowa marudzenia i odmowy, jak to było dotychczas podczas innych wyjazdów. To chyba dowód na to, że mnie kocha mimo moich głupawek, które łapią mnie w najbardziej nieoczekiwanych momentach, albo się po prostu do tego przyzwyczaił :P


Gorący piasek pod stopami oraz słońce, którego tak bardzo mi brakowało przez ostatnie miesiące. Oderwanie się od rzeczywistości, zapomnienie na chwile o pracy i codziennych obowiązkach. Czy może być coś piękniejszego? :) 

Do tego niesamowite widoki, których nigdy nie da się zapomnieć oraz zdjęcia, które będą pamiątką do końca naszego życia :)


Pierwszy dzień za nami. Na koniec MY, dwa buraki, które pozdrawiają i zapraszają na drugą część, która już niebawem! :) 

"Takie rzeczy tylko z mężem" Agata Przybyłek

Dzisiaj przychodzę z książką, do której miałam dwa podejścia. Przyznaję się bez bicia, że za pierwszym razem totalnie nie przypadła mi do gustu. O książce "Takie rzeczy tylko z mężem" dowiedziałam się od mojej koleżanki z pracy, która także jest zapaloną czytelniczką. W przeciwieństwie do mnie nie lubi kryminałów, za to jej czas zajmują książki z gatunku literatura współczesna, a czasami nawet zwykła młodzieżówka. Ja do tego przekonana nie byłam, ale jak już pewnie zauważyliście lubię poznawać nowe "światy". 

Pierwsze podejście skończyło się na samym początku. Z tego co pamiętam przebrnęłam przez dwa bądź trzy rozdziały i zwyczajnie stwierdziłam, że to mega banalna książka, na którą szkoda czasu. No cóż, może miałam zły dzień, może nie zrozumiałam jej głównego przesłania. W końcu główna bohaterka Zuzanna chciała odzyskać uwagę swojego męża. Jak miałam wczuć się w jej sytuację jak wtedy jeszcze nie byłam żoną? :D Tak czy siak, ostatnio robiłam "porządki" na czytniku i znalazłam tego ebooka. Powiedziałam sobie "a co mi szkodzi, spróbuję jeszcze raz". I to była moja najlepsza decyzja od początku roku i nawet nie wiecie jak teraz się z tego cieszę. 


Fabuła książki wydaje się oczywista. Po czterech latach małżeństwa żona czuje się niekochana, pragnie uwagi męża, dla którego ważniejsi są mecze i koledzy. Mają czteroletniego synka Marcela, który wydawać by się mogło utrzymuję to małżeństwo. Pewnego dnia Zuzanna wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Beatką wpadają na pomysł "odzyskania męża". Z tej okazji Zuzka kupuje sobie seksowną bieliznę, planuje randki, które okazują się totalną katastrofą oraz mówi półsłówkami jak bardzo brakuje jej bliskości. 

Natomiast Ludwik jakby grochem o ścianę. Nie widzi problemu, uważa, że jego żona przesadza i dla niego wszystko jest w najlepszym porządku. Jednym uchem mu wlatuje, drugim wylatuje. - W tym momencie nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo mnie wkurzała jego osoba i podejście przez całą książkę. Gdybym ja miała takiego męża - skończyłby marnie! 

Na dodatek pojawia się siostra Ludwika, z którą Zuza nie ma zbyt dobrego kontaktu. Na siłę chce sprowadzić do nich swoją córkę, aby w spokoju pojechać z nowym facetem na wakacje. Postawia ich praktycznie przed faktem dokonanym, ponieważ Kasia zjawia się już następnego dnia z walizką zapakowaną na całe trzy miesiące. Nastolatka nie zostaje zbyt dobrze przyjęta we wsi z uwagi na czarne ubrania, glany i ćwieki, które nie symbolizują spokojnej, poukładanej nastolatki. Sąsiedzi nie są zadowoleni i za wszelką cenę będą chcieli uprzykrzyć im życie. Jakby nie było większych problemów! Na drodze Zuzki zostaje postawiony również jej kolega z pracy Marek - przystojny wuefista, który rozstał się ze swoją dziewczyną i tymczasowo z braku swojego kąta zamieszkuje z nimi. 

Totalny galimatias, a w tym wszystkim nieszczęśliwa i samotna Zuzanna nie pragnąca niczego bardziej niż kochającego męża, długiego wyjazdu i bliskości, której tak dawno nie doświadczyła. W walce o męża wpada na masę komicznych pomysłów, które nie jedną z nas na pewno by zaskoczyły. Jakie efekty przyniosą starania? Czy Kasia zaaklimatyzuje się w nowym miejscu i czy wścibscy sąsiedzi ją zaakceptują? :) No i najważniejsze pytanie: Czy przystojny wuefista Marek nie namąci w małżeństwie Zuzanny i Ludwika? Przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie. 

Czytając tę książkę uśmiech nie schodził mi z twarzy. Autorka pokazała wszystkie problemy, z którymi spotykamy się na co dzień. Z przyzwyczajeniem, obowiązkami domowymi, które stają się ważniejsze od bliskości z drugą osobą, o braku akceptacji osób wyróżniających się chociażby ubiorem czy wyznawaną wiarą. Pokazują kryzysy małżeńskie, które wydaje mi się prędzej czy później pojawiają się w każdym małżeństwie. Do tego jest to przedstawione w sposób zabawny i ciekawy. Moim zdaniem można wyciągnąć kilka wniosków z tej książki i myślę, że właśnie o to chodziło autorce. Idealna książka na spokojny wieczór dla osoby, która ma dosyć kryminalnych zagadek i chce czegoś lekkiego :)

Jest to moje pierwsze spotkanie z Agatą Przybyłek, lecz na pewno nie ostatnie. Na moją półkę ląduje druga część serii, czyli "kobiety wzdychają częściej" i mam nadzieję, że również nie zawiodę się. Moja ocena 7/10

Małżeństwo - co zmienia się po ślubie?

Gdy byłam małą dziewczynką, a następnie nastolatką marzyłam o księciu na białym koniu, pięknej, białej rozkloszowanej sukni ślubnej niczym wszystkie księżniczki z Disneya i o życiu w wielkim domku z ogródkiem, dwójką dzieci i psem. Czyż nie każda z nas marzyła o takim życiu dla siebie? Być może nie każda, ale większość takie miała plany na przyszłość.


Niestety czy stety życie bywa przewrotne. Co prawda suknie ślubną miałam taką, jaką sobie wymarzyłam, mam męża, który jest dla mnie księciem w przenośni,bo wiem że drugiego takiego nie ma na tej planecie i pieska, który jest najlepszym przyjacielem, ale na tym koniec, bo... życie to nie bajka. To samo tyczy się małżeństwa. Mam wrażenie, że większość osób (przynajmniej te co miałam okazję poznać) uważa, że świat po ślubie diametralnie się zmieni. Życie będzie usłane płatkami róż jak dzień ślubu, który z pewnością należy do tych wyjątkowych. Przyznaje się bez bicia - mnie także przeszło przez myśl, że teraz będzie tylko lepiej. Otóż nie. Dalej są małe sprzeczki i większe kłótnie. Dalej mieszkamy w naszym mieszkaniu, mamy ten sam samochód, tą samą pracę i znajomych. Nie przybyło nam milionów na koncie i wciąż jesteśmy tymi samymi ludźmi. Kochamy się i kłócimy - tak jak było i przed ślubem. Oprócz tego, że nosimy obrączki, które są naszym symbolem i odczuwamy większą odpowiedzialność za siebie wzajemnie - nie zmieniło się nic. Dalej martwię się gdy mąż wychodzi do pracy. Dalej robię pranie, obiady i pilnuje aby miał czyste ubrania. A mój mąż dalej robi mi kawę rano, przychodzi po mnie do pracy, zabiera na długie spacery i głaszcze po główce, gdy jest mi smutno. 

Ślub to piękne przeżycie, to obietnica przed Panem Bogiem, że od tej pory będziemy wierni sobie, będziemy wspierać się w trudnych i radosnych chwilach. Będziemy się o siebie troszczyć wzajemnie i pewnego dnia na świat przyjdzie dzieciątko, któremu damy życie. Jednak nawet ksiądz podczas ceremonii nie mydli nam oczu. Mówił otwarcie - nie będzie łatwo. Będą chwile słabości,gdy talerze będą latać (na szczęście u nas wszystkie są póki co całe :D ), będzie trzaskanie drzwiami i ciche dni, chociaż tych powinno być najmniej. Grunt to patrzeć wspólnie w tym samym kierunku, jak mówi bardzo popularny cytat. To prawda. Małżeństwo to jedność i dwie osoby muszą chcieć tego samego, aby wyszło z tego coś pięknego. 

Wyłączam się na chwilę, Do siebie wracam...

Odkąd pamiętam blog był moim drugim domem. Moją odskocznią od rzeczywistości, miejscem na refleksje, żale i radości. Zawsze lubiłam pisać i to chyba nigdy się nie zmieni pomimo przerw, które pojawiały się nieplanowane. Czasami trzeba odpocząć i uporządkować sobie myśli w głowie, aby móc dzielić się nimi z innymi. 

Przez ostatnie kilka miesięcy moje życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, dosłownie. Oczywiście wszystkie zmiany są pozytywne, ale stanowią dla mnie, dla nas... niesamowite wyzwanie. 

Niespełna osiem miesięcy temu wyszłam za mąż za najlepszego mężczyznę jakiego miałam okazje poznać, a za kilka następnych zostanę najszczęśliwszą mamą na świecie. Świadomość, że noszę pod swoim sercem jeszcze jedno, maleńkie serduszko całkowicie zmienia mój światopogląd i priorytety. To niesamowity czas dający ogrom radości mimo wszystkich dolegliwości, które towarzyszą w tej pięknej i jednocześnie trudnej drodze. Wszystko się zmienia. Moje ciało, myślenie, relacje z bliskimi oraz codzienność, która nie jest już tak beztroska jak wcześniej. 

Chciałabym zachować tutaj te wszystkie wyjątkowe chwile i kiedyś do nich wrócić z uśmiechem na ustach.

Witajcie ponownie :-)