Nasza podróż poślubna część I - jak to się wszystko zaczęło?

Odkąd pamiętam zawsze lubiłam podróżować. Do dzisiaj każda wyprawa, nawet mała wycieczka jest dla mnie czymś ekscytującym i podchodzę do tego bardzo entuzjastycznie. Tak było właśnie z naszą podróżą poślubną. Moja niekończąca się radość, gdy załatwialiśmy wszystkie formalności, a przed samym wyjazdem stres i noc nie przespana. Czym tak naprawdę się denerwowałam? Teraz wydaje mi się to głupie, ale wtedy kompletnie nie wiedziałam jak sobie poradzimy będąc tam na miejscu, w dodatku gdy niekoniecznie władamy językiem angielskim na wyższym poziomie. To była nasza pierwsza wyprawa przez biuro podróży. Dotychczas zawsze po przybyciu na miejsce czekał na nas ktoś z rodziny, a tutaj... zupełnie obcy kraj, ludzie i nikogo znajomego obok. Łatwo nie było, jednak będąc już w pokoju hotelowy biłam się w czoło jak mogłam być taką panikarą. Cóź, panikara to moje czwarte imię wiec nie ma się co dziwić :D Naszym wyborem była jedna z wysp kanaryjskich - Gran Canaria :)


Co prawda po wylądowaniu i odebraniu bagaży nikt z biura podróży na nas nie czekał, tak jak mnie wszyscy zapewniali. Po kilku minutach zorientowaliśmy się, że zaraz przed wejściem jest mała budka z logiem biura, którego tak uparcie wypatrywaliśmy. Tam dowiedzieliśmy się wszystkich szczegółów - do którego autokaru mamy się udać i jak się zameldować w hotelu. Nie było źle! Przemiła obsługa (przystojnych panów!) dodała nam odwagi, a na powitanie dostaliśmy nawet po drinku (chyba było po nas widać zdenerwowanie i chcieli nas rozluźnić!). Najzabawniejsze jest to, że już na parkingu w Katowicach gdzie zostawialiśmy samochód poznaliśmy bardzo fajną parę - starsze małżeństwo, z którymi rozstaliśmy się przed wejściem do terminala odlotów życząc miłej podróży kompletnie nie zdając sobie sprawy, że zmierzamy w tym samym kierunku.Spotkaliśmy się dopiero w autokarze na Gran Canarii rozwożącym po hotelach. Śmiechu było co nie miara, gdy okazało się że mamy ten sam hotel. Od tamtej pory było nam lżej na duszy i poczuliśmy się troszkę pewniej, bowiem pani R. z mężem mają podróże w jednym palcu i po raz szósty jak się później okazało byli na tej wyspie. Przez myśl przeszło mi, że tylko my takie ciecie jesteśmy, ale po tej wycieczce się to odmieni i będziemy przynajmniej dwa razy w roku organizować sobie taki wyjazd. Swoją drogą już jesteśmy w trakcie debat gdzie wybierzemy się gdy nasze maleństwo trochę podrośnie. Spodobało mi się te całe podróżowanie! :)


Pierwszego dnia wszystko było dla nas nowe. Odnalezienie naszego pokoju zajęło nam pół godziny, prawie spóźniliśmy się na obiad, a po zjedzeniu nie wiedzieliśmy co zrobić z naczyniami, czy mamy odnieść czy kelner to od nas zabierze. Pisząc to śmieje się, ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu. W ogóle wydawało mi się, że wszyscy na nas patrzą - co tak naprawdę było moim chorym wymysłem, bo tam każdy żyje swoim życiem i kompletnie nikt nie zwraca uwagi na osoby trzecie. Zupełnie inne podejście ludzi i serdeczność wywołały we mnie bardzo miłe uczucia. W większości dlatego bardzo mile wspominam tamtejszych mieszkańców i pracowników hotelu, którzy spisali się naprawdę na medal i stanęli na wysokości zadania, aby te osiem dni były dla nas wszystkich czymś wyjątkowym, z czym na co dzień nie mamy styczności. Na początku zapoznaliśmy się z hotelem, pięć razy zabłądziliśmy, a ja dziesięć razy prawie się zabiłam na schodkach prowadzących na 'tarasy'. Żałujcie, że mnie nie widzieliście, niezły był z tego kabaret, a mój mąż prawie posikał się ze śmiechu. 

Na terenie naszego hotelu znajdowały się trzy baseny, oraz przepiękne oczko wodne bogate w małe i większe ryby. Zobaczyłam także kwiaty, których nigdy nie miałam okazji u nas zobaczyć. Chociaż niestety nie wiem jak się nazywają mam je na zdjęciu, ku pamięci :)


Nie odmówiliśmy sobie pierwszych drinków i tutaj wyobraźcie sobie jak nieśmiało zbliżaliśmy się do baru i z jakimi emocjami musieliśmy się bić aby owe drinki zamówić. Komedia, mówię Wam, komedia. Oczywiście z każdym dniem było coraz to lepiej i jestem pewna, że następnym razem nie będziemy tak bardzo wyobcowani :P

Widok z okna mieliśmy taki sobie. Widzieliśmy z daleka ocean, jednak po dwóch dniach stwierdziłam, że lepiej byłoby mieć balkon po drugiej stronie żeby widzieć basen i scenę, na której co wieczór odbywały się występy animatorów. 

Byliśmy tak podekscytowani, że nie chcieliśmy tracić czasu. Po stresującym obiedzie wybraliśmy się na pobliskie wydmy Maspalomas - byłam niesamowicie ciekawa i wiecie co? mogłabym tam spacerować codziennie.


Niesamowita frajda i radość chodząc po górach z ciepłego piasku, wdychając świeże powietrze w obecności ukochanego męża, który przez cały wyjazd spisywał się na medal. Za każdym razem gdy chciałam włączał aparat i robił zdjęcia bez słowa marudzenia i odmowy, jak to było dotychczas podczas innych wyjazdów. To chyba dowód na to, że mnie kocha mimo moich głupawek, które łapią mnie w najbardziej nieoczekiwanych momentach, albo się po prostu do tego przyzwyczaił :P


Gorący piasek pod stopami oraz słońce, którego tak bardzo mi brakowało przez ostatnie miesiące. Oderwanie się od rzeczywistości, zapomnienie na chwile o pracy i codziennych obowiązkach. Czy może być coś piękniejszego? :) 

Do tego niesamowite widoki, których nigdy nie da się zapomnieć oraz zdjęcia, które będą pamiątką do końca naszego życia :)


Pierwszy dzień za nami. Na koniec MY, dwa buraki, które pozdrawiają i zapraszają na drugą część, która już niebawem! :) 

"Takie rzeczy tylko z mężem" Agata Przybyłek

Dzisiaj przychodzę z książką, do której miałam dwa podejścia. Przyznaję się bez bicia, że za pierwszym razem totalnie nie przypadła mi do gustu. O książce "Takie rzeczy tylko z mężem" dowiedziałam się od mojej koleżanki z pracy, która także jest zapaloną czytelniczką. W przeciwieństwie do mnie nie lubi kryminałów, za to jej czas zajmują książki z gatunku literatura współczesna, a czasami nawet zwykła młodzieżówka. Ja do tego przekonana nie byłam, ale jak już pewnie zauważyliście lubię poznawać nowe "światy". 

Pierwsze podejście skończyło się na samym początku. Z tego co pamiętam przebrnęłam przez dwa bądź trzy rozdziały i zwyczajnie stwierdziłam, że to mega banalna książka, na którą szkoda czasu. No cóż, może miałam zły dzień, może nie zrozumiałam jej głównego przesłania. W końcu główna bohaterka Zuzanna chciała odzyskać uwagę swojego męża. Jak miałam wczuć się w jej sytuację jak wtedy jeszcze nie byłam żoną? :D Tak czy siak, ostatnio robiłam "porządki" na czytniku i znalazłam tego ebooka. Powiedziałam sobie "a co mi szkodzi, spróbuję jeszcze raz". I to była moja najlepsza decyzja od początku roku i nawet nie wiecie jak teraz się z tego cieszę. 


Fabuła książki wydaje się oczywista. Po czterech latach małżeństwa żona czuje się niekochana, pragnie uwagi męża, dla którego ważniejsi są mecze i koledzy. Mają czteroletniego synka Marcela, który wydawać by się mogło utrzymuję to małżeństwo. Pewnego dnia Zuzanna wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Beatką wpadają na pomysł "odzyskania męża". Z tej okazji Zuzka kupuje sobie seksowną bieliznę, planuje randki, które okazują się totalną katastrofą oraz mówi półsłówkami jak bardzo brakuje jej bliskości. 

Natomiast Ludwik jakby grochem o ścianę. Nie widzi problemu, uważa, że jego żona przesadza i dla niego wszystko jest w najlepszym porządku. Jednym uchem mu wlatuje, drugim wylatuje. - W tym momencie nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo mnie wkurzała jego osoba i podejście przez całą książkę. Gdybym ja miała takiego męża - skończyłby marnie! 

Na dodatek pojawia się siostra Ludwika, z którą Zuza nie ma zbyt dobrego kontaktu. Na siłę chce sprowadzić do nich swoją córkę, aby w spokoju pojechać z nowym facetem na wakacje. Postawia ich praktycznie przed faktem dokonanym, ponieważ Kasia zjawia się już następnego dnia z walizką zapakowaną na całe trzy miesiące. Nastolatka nie zostaje zbyt dobrze przyjęta we wsi z uwagi na czarne ubrania, glany i ćwieki, które nie symbolizują spokojnej, poukładanej nastolatki. Sąsiedzi nie są zadowoleni i za wszelką cenę będą chcieli uprzykrzyć im życie. Jakby nie było większych problemów! Na drodze Zuzki zostaje postawiony również jej kolega z pracy Marek - przystojny wuefista, który rozstał się ze swoją dziewczyną i tymczasowo z braku swojego kąta zamieszkuje z nimi. 

Totalny galimatias, a w tym wszystkim nieszczęśliwa i samotna Zuzanna nie pragnąca niczego bardziej niż kochającego męża, długiego wyjazdu i bliskości, której tak dawno nie doświadczyła. W walce o męża wpada na masę komicznych pomysłów, które nie jedną z nas na pewno by zaskoczyły. Jakie efekty przyniosą starania? Czy Kasia zaaklimatyzuje się w nowym miejscu i czy wścibscy sąsiedzi ją zaakceptują? :) No i najważniejsze pytanie: Czy przystojny wuefista Marek nie namąci w małżeństwie Zuzanny i Ludwika? Przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie. 

Czytając tę książkę uśmiech nie schodził mi z twarzy. Autorka pokazała wszystkie problemy, z którymi spotykamy się na co dzień. Z przyzwyczajeniem, obowiązkami domowymi, które stają się ważniejsze od bliskości z drugą osobą, o braku akceptacji osób wyróżniających się chociażby ubiorem czy wyznawaną wiarą. Pokazują kryzysy małżeńskie, które wydaje mi się prędzej czy później pojawiają się w każdym małżeństwie. Do tego jest to przedstawione w sposób zabawny i ciekawy. Moim zdaniem można wyciągnąć kilka wniosków z tej książki i myślę, że właśnie o to chodziło autorce. Idealna książka na spokojny wieczór dla osoby, która ma dosyć kryminalnych zagadek i chce czegoś lekkiego :)

Jest to moje pierwsze spotkanie z Agatą Przybyłek, lecz na pewno nie ostatnie. Na moją półkę ląduje druga część serii, czyli "kobiety wzdychają częściej" i mam nadzieję, że również nie zawiodę się. Moja ocena 7/10

Małżeństwo - co zmienia się po ślubie?

Gdy byłam małą dziewczynką, a następnie nastolatką marzyłam o księciu na białym koniu, pięknej, białej rozkloszowanej sukni ślubnej niczym wszystkie księżniczki z Disneya i o życiu w wielkim domku z ogródkiem, dwójką dzieci i psem. Czyż nie każda z nas marzyła o takim życiu dla siebie? Być może nie każda, ale większość takie miała plany na przyszłość.


Niestety czy stety życie bywa przewrotne. Co prawda suknie ślubną miałam taką, jaką sobie wymarzyłam, mam męża, który jest dla mnie księciem w przenośni,bo wiem że drugiego takiego nie ma na tej planecie i pieska, który jest najlepszym przyjacielem, ale na tym koniec, bo... życie to nie bajka. To samo tyczy się małżeństwa. Mam wrażenie, że większość osób (przynajmniej te co miałam okazję poznać) uważa, że świat po ślubie diametralnie się zmieni. Życie będzie usłane płatkami róż jak dzień ślubu, który z pewnością należy do tych wyjątkowych. Przyznaje się bez bicia - mnie także przeszło przez myśl, że teraz będzie tylko lepiej. Otóż nie. Dalej są małe sprzeczki i większe kłótnie. Dalej mieszkamy w naszym mieszkaniu, mamy ten sam samochód, tą samą pracę i znajomych. Nie przybyło nam milionów na koncie i wciąż jesteśmy tymi samymi ludźmi. Kochamy się i kłócimy - tak jak było i przed ślubem. Oprócz tego, że nosimy obrączki, które są naszym symbolem i odczuwamy większą odpowiedzialność za siebie wzajemnie - nie zmieniło się nic. Dalej martwię się gdy mąż wychodzi do pracy. Dalej robię pranie, obiady i pilnuje aby miał czyste ubrania. A mój mąż dalej robi mi kawę rano, przychodzi po mnie do pracy, zabiera na długie spacery i głaszcze po główce, gdy jest mi smutno. 

Ślub to piękne przeżycie, to obietnica przed Panem Bogiem, że od tej pory będziemy wierni sobie, będziemy wspierać się w trudnych i radosnych chwilach. Będziemy się o siebie troszczyć wzajemnie i pewnego dnia na świat przyjdzie dzieciątko, któremu damy życie. Jednak nawet ksiądz podczas ceremonii nie mydli nam oczu. Mówił otwarcie - nie będzie łatwo. Będą chwile słabości,gdy talerze będą latać (na szczęście u nas wszystkie są póki co całe :D ), będzie trzaskanie drzwiami i ciche dni, chociaż tych powinno być najmniej. Grunt to patrzeć wspólnie w tym samym kierunku, jak mówi bardzo popularny cytat. To prawda. Małżeństwo to jedność i dwie osoby muszą chcieć tego samego, aby wyszło z tego coś pięknego. 

Wyłączam się na chwilę, Do siebie wracam...

Odkąd pamiętam blog był moim drugim domem. Moją odskocznią od rzeczywistości, miejscem na refleksje, żale i radości. Zawsze lubiłam pisać i to chyba nigdy się nie zmieni pomimo przerw, które pojawiały się nieplanowane. Czasami trzeba odpocząć i uporządkować sobie myśli w głowie, aby móc dzielić się nimi z innymi. 

Przez ostatnie kilka miesięcy moje życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, dosłownie. Oczywiście wszystkie zmiany są pozytywne, ale stanowią dla mnie, dla nas... niesamowite wyzwanie. 

Niespełna osiem miesięcy temu wyszłam za mąż za najlepszego mężczyznę jakiego miałam okazje poznać, a za kilka następnych zostanę najszczęśliwszą mamą na świecie. Świadomość, że noszę pod swoim sercem jeszcze jedno, maleńkie serduszko całkowicie zmienia mój światopogląd i priorytety. To niesamowity czas dający ogrom radości mimo wszystkich dolegliwości, które towarzyszą w tej pięknej i jednocześnie trudnej drodze. Wszystko się zmienia. Moje ciało, myślenie, relacje z bliskimi oraz codzienność, która nie jest już tak beztroska jak wcześniej. 

Chciałabym zachować tutaj te wszystkie wyjątkowe chwile i kiedyś do nich wrócić z uśmiechem na ustach.

Witajcie ponownie :-)