Urlop w domu - to nie odpoczynek?

Gdy wypisywałam kartę urlopową wszyscy współpracownicy zaczęli dociekać gdzie wybieramy się na dwutygodniowy odpoczynek. Moja odpowiedź brzmiała "nigdzie, zostajemy w domu", po czym wszyscy patrzyli na nas jak na kosmitów. I tutaj pojawia się moje pierwsze pytanie: "czy urlop w domu to coś złego?". Moim zdaniem to dobra opcja na całkowity odpoczynek. 

Jasne, fajnie byłoby wyjechać do ciepłego kraju pod palmy (chociaż w tym roku Polska stała się miejscem nieco egzotycznym), ale sama wiem po sobie, że jest więcej zachodu (pakowanie, podróż, zwiedzanie itp) niż odpoczynku. Teraz pewnie większość z Was pomyśli co ja wypisuję, ale osobiście potrzebowałam tych dwóch tygodni na zebranie sił i pobyt w domu bardzo mi w tym pomógł. Można powiedzieć, że odpoczęłam za wszystkie czasy, więc te dwa tygodnie nie poszły na marne. W międzyczasie zrobiłam generalny przegląd szafy (to nic, że po dwóch dniach pojechaliśmy na zakupy i tyle samo ile wyrzuciłam rzeczy - tyle doszło nowych :D). Zrobiłam generalny porządek w pozostałych szafkach, przeczytałam trzy książki i nadrobiłam seriale. A przede wszystkim, co dla mnie najważniejsze - odpoczęłam, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Potrzebowałam tego wyciszenia i chwili oddechu od konfliktowych pacjentów i czasami marudnych współpracownic. Miałam dość narzekań lekarzy, pielęgniarek - serio, to są chyba najbardziej narzekający ludzie na świecie. 


Poza tym nawet jakbym chciała gdzieś pojechać, to niestety mój mąż nie miał urlopu więc albo pojechałabym sama, albo w ostateczności z mamą, która tak jak ja potrzebowała oddechu i wyciszenia.

Nie uważam, że na urlopie w domu nie można odpocząć. Wręcz przeciwnie, ja odpoczęłam bardzo i pewnie nie jeden taki urlop przed nami. Co prawda w przyszłym roku chcemy gdzieś pojechać już w trójkę, a co z tego wyjdzie - zobaczymy :)

#3 "Milion nowych chwil" - Katherine Center

Walentynkowy wieczór oraz romantyczny lot samolotem, podczas którego mężczyzna jej życia postanawia się oświadczyć. Czy może być coś piękniejszego? Raczej nie, jednak radość nie trwa zbyt długo. Podczas lądowania dochodzi do wypadku. Margaret budzi się w szpitalu i od tej pory jej życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Na szczęście są przy niej rodzice, którzy wspierają ją od samego początku. Natomiast narzeczony Chip wychodzi bez szwanku, zmaga się poczuciem winy, przez co oddala się od narzeczonej, uciekając w alkohol. 

Po kilku dniach okazuje się, że oparzenia ręki i szyi to najmniejsze zmartwienie. Podczas uderzenia doszło do uszkodzenia kręgosłupa i Margaret prawdopodobnie już nigdy nie stanie na nogi. 

Niespodziewanie w  szpitalu pojawia się siostra Margaret, Kitt, z którą nie miała kontaktu od ponad trzech lat. Podczas spotkania na jaw wychodzą tajemnice rodzinne, siostra wyjawia powód przez który wyjechała bez słowa pożegnania i dlaczego nie próbowała nawiązać kontaktu z siostrą. Tajemnice z przeszłości odbijają się na całej czwórce. Natomiast na drodze Margaret staje przystojny szkot, rehabilitant, który za wszelką cenę chce zmotywować ją do ćwiczeń, jednak bardzo ciężko nawiązać z nim kontakt. 



Jak potoczą się dalsze losy i czy miłość Margaret i Chipa przetrwa tą ciężką próbę? Czy w końcu uda się stanąć na nogi?

To moje pierwsze spotkanie z tą autorką. Co przekonało mnie do przeczytania tej książki? Ciekawy opis oraz ocena innych czytelników. To historia o miłości, przebaczaniu i radzeniu sobie z przeciwnościami losu na które nie mamy wpływu. To opowieść o chorobie, walce o każdy dzień z nadzieją, że pewnego dnia paraliż ustąpi i wszystko wróci do normy. Chwilami wzruszająca, za chwile zabawna i poważna. 

Moja ocena 8/10 

Badam się regularnie, a Ty?

Temat badań mam wrażenie staje się tematem, którego lepiej nie poruszać. Wydaje mi się, że większość osób stroni od tego jak tylko można. Podejrzewam, że jest to spowodowane niczym innym jak strachem przed wynikiem, który może okazać się zły i na zawsze zmienić nasze życie. 

Przyznaje się bez bicia, że ja strasznie nie lubię badań. Po pierwsze pobieranie krwi jest dla mnie dużym przeżyciem, ponieważ nie mam praktycznie żył i aby znaleźć chociażby jedną porządną trzeba się nieźle napocić. A po drugie ja nie lubię czekać na wyniki. Wolałabym wiedzieć od razu i po sprawie. 

W tym roku, a dokładniej w kwietniu postanowiłam z koleżanką z pracy skontrolować swoje wyniki. Mamy gotowe druczki więc wystarczy tylko zaznaczyć co chcemy i finito. A więc poszalałyśmy. Począwszy od tych podstawowych jak morfologia, mocz, ob, glukoza, a kończąc na tych poważniejszych, bo czemu nie? Przecież nic mi się nie dzieje, czuje się dobrze, więc to tylko formalność. 


Gdy następnego dnia odebrałam wyniki.. zamarłam. Wszystko w porządku, jednak podwyższone TSH (hormon tarczycy). Początkowo pomyślałam sobie "a to pewnie jakiś błąd". Nawet lekarz, do którego chodzę uważał, że to błąd odczynników, bo przecież nie mam żadnych objawów. Więc za dwa dni ponowiłam badania, które okazały się równie wysokie. Muszę przyznać się bez bicia, że trochę mnie to załamało. Zaczęłam czytać w internecie (co jest bardzo złym pomysłem, bo można się naczytać takich głupot, że depresja murowana). Podejrzenie bardzo teraz "słynnej" choroby hashimoto, niepłodność lub poronienia. To główne skutki, które bardzo mnie przygnębiły. No ale trudno, stało się, trzeba się z tym zmierzyć.

Czym prędzej dostałam skierowanie do poradni endokrynologicznej i zaczęłam poszukiwania. I właśnie w tym momencie zrozumiałam na własnej skórze jak działa dzisiejsza służba zdrowia. Tryb stabilny ze skierowaniem - czas oczekiwania półtorej roku. W głowie milion myśli - przecież nie mogę tak długo czekać, bo zwariuję. Trudno, muszę iść prywatnie. Dostałam termin w ciągu tygodnia. W między czasie u siebie w przychodni wykonałam USG tarczycy czy nie ma guzków czy innych niepokojących zmian - na szczęście czysto, więc jeden kamień z serca.

Trafiłam do bardzo fajnej pani doktor endokrynolog. Zrobiła szczegółowy wywiad, zbadała mnie, wykonała również usg tarczycy po czym stwierdziła, że mam bardzo małą tarczycę, w dolnej granicy normy i są dwie opcje: hashimoto lub taka moja uroda. Dostałam leki, zaczynając od małej dawki Euthroxu N50. Gdy wyszłam z gabinetu chciało mi się płakać. Poszłam do apteki, wykupiłam receptę i stwierdziłam, że już na zawsze jestem skazana na leki. 

Jednak, tutaj pojawiła się niespodzianka. Po tygodniu od wizyty okazało się, że jestem w ciąży. Ze strachu przed tymi wszystkimi nieprzyjemnymi skutkami o których się naczytałam poleciałam ponownie do pani doktor. I tamtego dnia gdy w poczekalni zobaczyłam 3/4 pacjentek ciężarnych czekających właśnie do endokrynologa, uspokoiłam się. W końcu nie ja pierwsza, nie ostatnia. Dostałam od razu większą dawkę, częstsze kontrole. Obecnie TSH mam idealne, maluszek rośnie i jestem szczęśliwa. Ponadto wykluczono u mnie hashimoto więc kolejny krok do przodu. Większość lekarzy twierdzi, że po ciąży moje hormony mogą się na tyle wyregulować, że nie będę potrzebować żadnych leków - oby! Liczę na to bardzo :)

Moja historia może i jest banalna, ale powinna być dla większości - szczególnie kobiet przestrogą. Jasne, pewnie podczas badań ciążowych wyszłoby mi tak czy inaczej, ale znając sytuację wcześniej zaczęłam brać leki zaraz w początkowych tygodniach co spowodowało tym, że gdy maluszek najbardziej się rozwijał moje hormony nie wariowały, tylko pracowały jak należy. Nie wiem czy to ma jakiś wpływ, myślę, że tak. Dlatego tym bardziej jestem szczęśliwa, że wyszło mi to wcześniej i mogłam zareagować w ekspresowym tempie. Gdy rozmawiałam jakiś czas z położną powiedziała mi tylko tyle: "teraz można policzyć na palcach jednej ręki, która ciężarna nie ma problemów z tarczycą." 

Dlatego nie bójcie się badać. Nigdy nie wiadomo co przyniesie nam los :)

#2 "Zanim się pojawiłeś" - Jojo Moyes

Dzień dobry! Nadszedł czas na książkę, którą z całego serca chciałabym polecić. Jeśli lubisz powieści z wątkiem miłosnym, ale również z bolesnymi doświadczeniami i przeciwnościami losu - ta książka zdecydowanie jest dla Ciebie :) 

O książkach Jojo Moyes w ostatnim czasie zrobiło się bardzo głośno. Szczerze powiedziawszy podchodziłam do tej autorki z dużym dystansem, aż do pewnego dnia kiedy koleżanka z pracy opowiedziała mi troszkę o fabule książki "Zanim się pojawiłeś". Właśnie wtedy zapragnęłam ją przeczytać i wiecie co? Nie żałuję ani minuty przy niej spędzonej.

Główną bohaterką jest energiczna, ubierająca się kolorowo i niesamowicie wesoła Luisa, która nagle traci dotychczasową pracę w pobliskiej kawiarni. Ze względu na ciężką sytuację rodzinną musi za wszelką cenę znaleźć nowe zajęcie. W biurze pracy pojawia się oferta nie do odrzucenia, bowiem bogata rodzina szuka opiekunki dla swojego sparaliżowanego syna, który sprzed dwóch laty cudem przeżył wypadek. Oferta na pół roku, bardzo dobre zarobki więc Lou bez zastanowienia przyjmuje posadę. Jeszcze wtedy nie wie, że ta decyzja na zawsze zmieni jej życie.


Will jest zgorzkniałym, aroganckim trzydziestolatkiem, z porażeniem czterokończynowym. Dla wszystkich jest nieuprzejmy, a nawet można powiedzieć, że wredny, mający żal do całego świata, że to spotkało właśnie jego. Początkowo tej dwójce bardzo trudno jest znaleźć wspólny język, ba! wydaje się to nawet niemożliwe. Ona wiecznie uśmiechnięta, bawiąca się kolorami w postaci nietypowych ubrań, niepotrafiąca usiedzieć na miejscu. On odpychający ludzi od siebie, nie znosi pomocy od innych i najchętniej spędzałby dzień na wózku, patrząc w okno.

Pierwsze kilka tygodni pracy tam to prawdziwy koszmar, przez myśli Lou przechodzi nawet rezygnacja, jednak coś pęka. Nagle zaczynają spędzać czasu więcej ze sobą, zaczyna między nimi rozwijać się rozmowa i... pojawia się uczcie, które trudno będzie okiełznać. Jak potoczą się ich dalsze losy? Czy zdecydują się na związek, który tak naprawdę pozostawia bardzo dużo do życzenia? 

Dla Lou największym oparciem jest siostra, która od samego początku wspiera ją w działaniach. Razem wymyślają miejsca, gdzie można pojechać z osobą niepełnosprawną. Niezawodnym przyjacielem okazuje się także Nathan, rehabilitant Willa, który doskonale rozumie sytuację jaka ma miejsce i również pomaga w przygotowaniach wyjazdów, czy ich realizacji. 

Książka naprawdę warta przeczytania. Przez większość książki śmiałam się głośno, bawiłam razem z bohaterami, przeżywałam wszystko razem z nimi. Pod koniec zrobiło się nieco smutno, poleciało nawet kilka łez, ale właśnie o to chodzi w książkach. Wywołują u nas bardzo dużo, różnych emocji. Dlatego kończąc mamy ochotę na jeszcze. Przecież to nie mogło się tak skończyć! - pomyślałam będąc na ostatniej stronie. Moja ocena 8/10

Na szczęście to jeszcze nie koniec. Jest ciąg dalszy przygód Lou, którą Wam serdecznie polecam już teraz. Z pewnością napiszę o drugiej części "Kiedy odszedłeś" w kolejnych postach. 

PS. na podstawie książki "zanim się pojawiłeś" powstał film. Musze Wam się przyznać, że nieco mnie rozczarował, ponieważ (co wiadome) nie było pokazanych wszystkich sytuacji, moim zdaniem niesamowicie istotnych. Aczkolwiek emocje po filmie były naprawdę duże i niestety bez chusteczek się nie obeszło :P

Ślub w grudniu... po południu :)

Kiedy rok temu ogłaszaliśmy rodzinie i najbliższym znajomym na kiedy zaplanowaliśmy nasz ślub nikt nie ukrywał zdziwienia. "Jak to ślub zimą? W grudniu? Zwariowaliście!". Zdaje sobie sprawę, że mogło to wywołać zaskoczenie, bo większość par jednak planuje to latem, kiedy pogoda jest piękna, wszędzie zielono, jasno i słonecznie. Jednak grudzień kojarzy się z szarością, zimnem i deszczem. O lekkim śniegu po cichu marzyliśmy, ale niestety - nie udało się. 

A więc dlaczego postanowiliśmy, że nasz najważniejszy dzień będzie w grudniu? Po pierwsze tylko w Święta Bożego Narodzenia nasze rodziny mogą w komplecie przyjechać zza granicy. Wstępnie chcieliśmy w sierpniu, ale (nie)stety nie udałoby się zgrać wszystkich gości. Po drugie moi rodzice ślubowali właśnie w drugi dzień świąt, czyli 26 grudnia, dlatego ta data była tym bardziej bliska memu sercu. A po trzecie obydwoje nie wyobrażaliśmy sobie ślubu i wesela w trzydziestostopniowym upale. Nie dość, że towarzyszą temu niesamowite emocje, to jeszcze upał? O nie! :)


Z organizacją nie było większego problemu. Nie chcieliśmy wielkiego wesela na sto osób. Chcieliśmy skromnie, w najbliższym gronie i tak właśnie było. Znaleźliśmy restauracje na miejscu, bardzo blisko kościoła i przede wszystkim z najlepszym jedzeniem w okolicy. Kameralnie, ale nie ukrywam... zabawa była do białego rana - trudno było skończyć, co było dla nas największym zaskoczeniem. 

Największym problemem był dla mnie fryzjer i kosmetyczka. Przecież wszystkie salony zamknięte, a gdy pisałam do makijażystek prywatnie - nikt nie chciał pracować w święta, co jest dla mnie zrozumiałe. Jednak Święta Bożego Narodzenia to czas spotkań rodzinnych i każdy chce spędzić je z najbliższymi, a nie jeździć po klientach i pracować kilka godzin. Na szczęście moja fryzjerka, która od ponad dwóch lat zajmuje się moimi włosami sama się zaoferowała, że przyjedzie do salonu, aby mnie uczesać. Moja radość była ogromna - w końcu jeden problem z głowy. Z makijażem było ciężko, dlatego postanowiłam, że sama się pomaluję. W końcu trochę znam się na kosmetykach. Skończyło się na tym, że malowałam siebie, mamę, świadkową i bratową. Może kiedyś otworzę własny biznes? :D 

Pogoda była dla nas wymarzona. Chociaż godzinę przed był mały deszcz, tak później było idealnie. Z drugiej strony ja chyba nie jestem zbyt obiektywna, ponieważ było mi tak gorąco z emocji, że nawet w kościele ściągnęłam swoje futerko i stałam w koronkowej sukni. Naprawdę, było mi gorąco. Na drugi dzień podczas rozmów rodzina mojego męża troszkę narzekała, że po wyjściu z kościoła wiało, ale potem podczas wesela już było im wszystko jedno :D Dodatkowo zobaczcie wystrój kościoła. Choinki, stajenka przed nami i światełka dodały tak magicznego klimatu, że nie mogłam się napatrzeć. 


Bardzo miło wspominam ten czas i wiecie co? Nie chciałabym ślubu w innym terminie. Lepszego dnia nie mogliśmy wybrać, a data jest na tyle symboliczna, że... mój mąż, który zazwyczaj zapomina nasze daty - tej nigdy nie ominie :D 

Zastanawiam się czy ktoś jeszcze chciałby ślub w drugi dzień świąt? Zimową porą? :) Osobiście znam kilka par, które właśnie zdecydowały się na ten okres. Ponadto kiedy moi rodzice brali ślub byli ósmą parą właśnie dwudziestego szóstego grudnia. Kiedyś to była bardzo popularna data. W zeszłym roku byliśmy tylko my (oczywiście w parafiach w naszym mieście), co było przynajmniej dla mojej mamy nie lada zaskoczeniem :)

Ach, teraz wspominając ten dzień - chciałabym to przeżyć jeszcze raz ♥

Nasza podróż poślubna część I - jak to się wszystko zaczęło?

Odkąd pamiętam zawsze lubiłam podróżować. Do dzisiaj każda wyprawa, nawet mała wycieczka jest dla mnie czymś ekscytującym i podchodzę do tego bardzo entuzjastycznie. Tak było właśnie z naszą podróżą poślubną. Moja niekończąca się radość, gdy załatwialiśmy wszystkie formalności, a przed samym wyjazdem stres i noc nie przespana. Czym tak naprawdę się denerwowałam? Teraz wydaje mi się to głupie, ale wtedy kompletnie nie wiedziałam jak sobie poradzimy będąc tam na miejscu, w dodatku gdy niekoniecznie władamy językiem angielskim na wyższym poziomie. To była nasza pierwsza wyprawa przez biuro podróży. Dotychczas zawsze po przybyciu na miejsce czekał na nas ktoś z rodziny, a tutaj... zupełnie obcy kraj, ludzie i nikogo znajomego obok. Łatwo nie było, jednak będąc już w pokoju hotelowy biłam się w czoło jak mogłam być taką panikarą. Cóź, panikara to moje czwarte imię wiec nie ma się co dziwić :D Naszym wyborem była jedna z wysp kanaryjskich - Gran Canaria :)


Co prawda po wylądowaniu i odebraniu bagaży nikt z biura podróży na nas nie czekał, tak jak mnie wszyscy zapewniali. Po kilku minutach zorientowaliśmy się, że zaraz przed wejściem jest mała budka z logiem biura, którego tak uparcie wypatrywaliśmy. Tam dowiedzieliśmy się wszystkich szczegółów - do którego autokaru mamy się udać i jak się zameldować w hotelu. Nie było źle! Przemiła obsługa (przystojnych panów!) dodała nam odwagi, a na powitanie dostaliśmy nawet po drinku (chyba było po nas widać zdenerwowanie i chcieli nas rozluźnić!). Najzabawniejsze jest to, że już na parkingu w Katowicach gdzie zostawialiśmy samochód poznaliśmy bardzo fajną parę - starsze małżeństwo, z którymi rozstaliśmy się przed wejściem do terminala odlotów życząc miłej podróży kompletnie nie zdając sobie sprawy, że zmierzamy w tym samym kierunku.Spotkaliśmy się dopiero w autokarze na Gran Canarii rozwożącym po hotelach. Śmiechu było co nie miara, gdy okazało się że mamy ten sam hotel. Od tamtej pory było nam lżej na duszy i poczuliśmy się troszkę pewniej, bowiem pani R. z mężem mają podróże w jednym palcu i po raz szósty jak się później okazało byli na tej wyspie. Przez myśl przeszło mi, że tylko my takie ciecie jesteśmy, ale po tej wycieczce się to odmieni i będziemy przynajmniej dwa razy w roku organizować sobie taki wyjazd. Swoją drogą już jesteśmy w trakcie debat gdzie wybierzemy się gdy nasze maleństwo trochę podrośnie. Spodobało mi się te całe podróżowanie! :)


Pierwszego dnia wszystko było dla nas nowe. Odnalezienie naszego pokoju zajęło nam pół godziny, prawie spóźniliśmy się na obiad, a po zjedzeniu nie wiedzieliśmy co zrobić z naczyniami, czy mamy odnieść czy kelner to od nas zabierze. Pisząc to śmieje się, ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu. W ogóle wydawało mi się, że wszyscy na nas patrzą - co tak naprawdę było moim chorym wymysłem, bo tam każdy żyje swoim życiem i kompletnie nikt nie zwraca uwagi na osoby trzecie. Zupełnie inne podejście ludzi i serdeczność wywołały we mnie bardzo miłe uczucia. W większości dlatego bardzo mile wspominam tamtejszych mieszkańców i pracowników hotelu, którzy spisali się naprawdę na medal i stanęli na wysokości zadania, aby te osiem dni były dla nas wszystkich czymś wyjątkowym, z czym na co dzień nie mamy styczności. Na początku zapoznaliśmy się z hotelem, pięć razy zabłądziliśmy, a ja dziesięć razy prawie się zabiłam na schodkach prowadzących na 'tarasy'. Żałujcie, że mnie nie widzieliście, niezły był z tego kabaret, a mój mąż prawie posikał się ze śmiechu. 

Na terenie naszego hotelu znajdowały się trzy baseny, oraz przepiękne oczko wodne bogate w małe i większe ryby. Zobaczyłam także kwiaty, których nigdy nie miałam okazji u nas zobaczyć. Chociaż niestety nie wiem jak się nazywają mam je na zdjęciu, ku pamięci :)


Nie odmówiliśmy sobie pierwszych drinków i tutaj wyobraźcie sobie jak nieśmiało zbliżaliśmy się do baru i z jakimi emocjami musieliśmy się bić aby owe drinki zamówić. Komedia, mówię Wam, komedia. Oczywiście z każdym dniem było coraz to lepiej i jestem pewna, że następnym razem nie będziemy tak bardzo wyobcowani :P

Widok z okna mieliśmy taki sobie. Widzieliśmy z daleka ocean, jednak po dwóch dniach stwierdziłam, że lepiej byłoby mieć balkon po drugiej stronie żeby widzieć basen i scenę, na której co wieczór odbywały się występy animatorów. 

Byliśmy tak podekscytowani, że nie chcieliśmy tracić czasu. Po stresującym obiedzie wybraliśmy się na pobliskie wydmy Maspalomas - byłam niesamowicie ciekawa i wiecie co? mogłabym tam spacerować codziennie.


Niesamowita frajda i radość chodząc po górach z ciepłego piasku, wdychając świeże powietrze w obecności ukochanego męża, który przez cały wyjazd spisywał się na medal. Za każdym razem gdy chciałam włączał aparat i robił zdjęcia bez słowa marudzenia i odmowy, jak to było dotychczas podczas innych wyjazdów. To chyba dowód na to, że mnie kocha mimo moich głupawek, które łapią mnie w najbardziej nieoczekiwanych momentach, albo się po prostu do tego przyzwyczaił :P


Gorący piasek pod stopami oraz słońce, którego tak bardzo mi brakowało przez ostatnie miesiące. Oderwanie się od rzeczywistości, zapomnienie na chwile o pracy i codziennych obowiązkach. Czy może być coś piękniejszego? :) 

Do tego niesamowite widoki, których nigdy nie da się zapomnieć oraz zdjęcia, które będą pamiątką do końca naszego życia :)


Pierwszy dzień za nami. Na koniec MY, dwa buraki, które pozdrawiają i zapraszają na drugą część, która już niebawem! :) 

#1 "Takie rzeczy tylko z mężem" Agata Przybyłek

Dzisiaj przychodzę z książką, do której miałam dwa podejścia. Przyznaję się bez bicia, że za pierwszym razem totalnie nie przypadła mi do gustu. O książce "Takie rzeczy tylko z mężem" dowiedziałam się od mojej koleżanki z pracy, która także jest zapaloną czytelniczką. W przeciwieństwie do mnie nie lubi kryminałów, za to jej czas zajmują książki z gatunku literatura współczesna, a czasami nawet zwykła młodzieżówka. Ja do tego przekonana nie byłam, ale jak już pewnie zauważyliście lubię poznawać nowe "światy". 

Pierwsze podejście skończyło się na samym początku. Z tego co pamiętam przebrnęłam przez dwa bądź trzy rozdziały i zwyczajnie stwierdziłam, że to mega banalna książka, na którą szkoda czasu. No cóż, może miałam zły dzień, może nie zrozumiałam jej głównego przesłania. W końcu główna bohaterka Zuzanna chciała odzyskać uwagę swojego męża. Jak miałam wczuć się w jej sytuację jak wtedy jeszcze nie byłam żoną? :D Tak czy siak, ostatnio robiłam "porządki" na czytniku i znalazłam tego ebooka. Powiedziałam sobie "a co mi szkodzi, spróbuję jeszcze raz". I to była moja najlepsza decyzja od początku roku i nawet nie wiecie jak teraz się z tego cieszę. 


Fabuła książki wydaje się oczywista. Po czterech latach małżeństwa żona czuje się niekochana, pragnie uwagi męża, dla którego ważniejsi są mecze i koledzy. Mają czteroletniego synka Marcela, który wydawać by się mogło utrzymuję to małżeństwo. Pewnego dnia Zuzanna wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Beatką wpadają na pomysł "odzyskania męża". Z tej okazji Zuzka kupuje sobie seksowną bieliznę, planuje randki, które okazują się totalną katastrofą oraz mówi półsłówkami jak bardzo brakuje jej bliskości. 

Natomiast Ludwik jakby grochem o ścianę. Nie widzi problemu, uważa, że jego żona przesadza i dla niego wszystko jest w najlepszym porządku. Jednym uchem mu wlatuje, drugim wylatuje. - W tym momencie nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo mnie wkurzała jego osoba i podejście przez całą książkę. Gdybym ja miała takiego męża - skończyłby marnie! 

Na dodatek pojawia się siostra Ludwika, z którą Zuza nie ma zbyt dobrego kontaktu. Na siłę chce sprowadzić do nich swoją córkę, aby w spokoju pojechać z nowym facetem na wakacje. Postawia ich praktycznie przed faktem dokonanym, ponieważ Kasia zjawia się już następnego dnia z walizką zapakowaną na całe trzy miesiące. Nastolatka nie zostaje zbyt dobrze przyjęta we wsi z uwagi na czarne ubrania, glany i ćwieki, które nie symbolizują spokojnej, poukładanej nastolatki. Sąsiedzi nie są zadowoleni i za wszelką cenę będą chcieli uprzykrzyć im życie. Jakby nie było większych problemów! Na drodze Zuzki zostaje postawiony również jej kolega z pracy Marek - przystojny wuefista, który rozstał się ze swoją dziewczyną i tymczasowo z braku swojego kąta zamieszkuje z nimi. 

Totalny galimatias, a w tym wszystkim nieszczęśliwa i samotna Zuzanna nie pragnąca niczego bardziej niż kochającego męża, długiego wyjazdu i bliskości, której tak dawno nie doświadczyła. W walce o męża wpada na masę komicznych pomysłów, które nie jedną z nas na pewno by zaskoczyły. Jakie efekty przyniosą starania? Czy Kasia zaaklimatyzuje się w nowym miejscu i czy wścibscy sąsiedzi ją zaakceptują? :) No i najważniejsze pytanie: Czy przystojny wuefista Marek nie namąci w małżeństwie Zuzanny i Ludwika? Przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie. 

Czytając tę książkę uśmiech nie schodził mi z twarzy. Autorka pokazała wszystkie problemy, z którymi spotykamy się na co dzień. Z przyzwyczajeniem, obowiązkami domowymi, które stają się ważniejsze od bliskości z drugą osobą, o braku akceptacji osób wyróżniających się chociażby ubiorem czy wyznawaną wiarą. Pokazują kryzysy małżeńskie, które wydaje mi się prędzej czy później pojawiają się w każdym małżeństwie. Do tego jest to przedstawione w sposób zabawny i ciekawy. Moim zdaniem można wyciągnąć kilka wniosków z tej książki i myślę, że właśnie o to chodziło autorce. Idealna książka na spokojny wieczór dla osoby, która ma dosyć kryminalnych zagadek i chce czegoś lekkiego :)

Jest to moje pierwsze spotkanie z Agatą Przybyłek, lecz na pewno nie ostatnie. Na moją półkę ląduje druga część serii, czyli "kobiety wzdychają częściej" i mam nadzieję, że również nie zawiodę się. Moja ocena 7/10

Małżeństwo - co zmienia się po ślubie?

Gdy byłam małą dziewczynką, a następnie nastolatką marzyłam o księciu na białym koniu, pięknej, białej rozkloszowanej sukni ślubnej niczym wszystkie księżniczki z Disneya i o życiu w wielkim domku z ogródkiem, dwójką dzieci i psem. Czyż nie każda z nas marzyła o takim życiu dla siebie? Być może nie każda, ale większość takie miała plany na przyszłość.


Niestety czy stety życie bywa przewrotne. Co prawda suknie ślubną miałam taką, jaką sobie wymarzyłam, mam męża, który jest dla mnie księciem w przenośni,bo wiem że drugiego takiego nie ma na tej planecie i pieska, który jest najlepszym przyjacielem, ale na tym koniec, bo... życie to nie bajka. To samo tyczy się małżeństwa. Mam wrażenie, że większość osób (przynajmniej te co miałam okazję poznać) uważa, że świat po ślubie diametralnie się zmieni. Życie będzie usłane płatkami róż jak dzień ślubu, który z pewnością należy do tych wyjątkowych. Przyznaje się bez bicia - mnie także przeszło przez myśl, że teraz będzie tylko lepiej. Otóż nie. Dalej są małe sprzeczki i większe kłótnie. Dalej mieszkamy w naszym mieszkaniu, mamy ten sam samochód, tą samą pracę i znajomych. Nie przybyło nam milionów na koncie i wciąż jesteśmy tymi samymi ludźmi. Kochamy się i kłócimy - tak jak było i przed ślubem. Oprócz tego, że nosimy obrączki, które są naszym symbolem i odczuwamy większą odpowiedzialność za siebie wzajemnie - nie zmieniło się nic. Dalej martwię się gdy mąż wychodzi do pracy. Dalej robię pranie, obiady i pilnuje aby miał czyste ubrania. A mój mąż dalej robi mi kawę rano, przychodzi po mnie do pracy, zabiera na długie spacery i głaszcze po główce, gdy jest mi smutno. 

Ślub to piękne przeżycie, to obietnica przed Panem Bogiem, że od tej pory będziemy wierni sobie, będziemy wspierać się w trudnych i radosnych chwilach. Będziemy się o siebie troszczyć wzajemnie i pewnego dnia na świat przyjdzie dzieciątko, któremu damy życie. Jednak nawet ksiądz podczas ceremonii nie mydli nam oczu. Mówił otwarcie - nie będzie łatwo. Będą chwile słabości,gdy talerze będą latać (na szczęście u nas wszystkie są póki co całe :D ), będzie trzaskanie drzwiami i ciche dni, chociaż tych powinno być najmniej. Grunt to patrzeć wspólnie w tym samym kierunku, jak mówi bardzo popularny cytat. To prawda. Małżeństwo to jedność i dwie osoby muszą chcieć tego samego, aby wyszło z tego coś pięknego. 

Wyłączam się na chwilę, Do siebie wracam...

Odkąd pamiętam blog był moim drugim domem. Moją odskocznią od rzeczywistości, miejscem na refleksje, żale i radości. Zawsze lubiłam pisać i to chyba nigdy się nie zmieni pomimo przerw, które pojawiały się nieplanowane. Czasami trzeba odpocząć i uporządkować sobie myśli w głowie, aby móc dzielić się nimi z innymi. 

Przez ostatnie kilka miesięcy moje życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, dosłownie. Oczywiście wszystkie zmiany są pozytywne, ale stanowią dla mnie, dla nas... niesamowite wyzwanie. 

Niespełna osiem miesięcy temu wyszłam za mąż za najlepszego mężczyznę jakiego miałam okazje poznać, a za kilka następnych zostanę najszczęśliwszą mamą na świecie. Świadomość, że noszę pod swoim sercem jeszcze jedno, maleńkie serduszko całkowicie zmienia mój światopogląd i priorytety. To niesamowity czas dający ogrom radości mimo wszystkich dolegliwości, które towarzyszą w tej pięknej i jednocześnie trudnej drodze. Wszystko się zmienia. Moje ciało, myślenie, relacje z bliskimi oraz codzienność, która nie jest już tak beztroska jak wcześniej. 

Chciałabym zachować tutaj te wszystkie wyjątkowe chwile i kiedyś do nich wrócić z uśmiechem na ustach.

Witajcie ponownie :-)