Badam się regularnie, a Ty?

Temat badań mam wrażenie staje się tematem, którego lepiej nie poruszać. Wydaje mi się, że większość osób stroni od tego jak tylko można. Podejrzewam, że jest to spowodowane niczym innym jak strachem przed wynikiem, który może okazać się zły i na zawsze zmienić nasze życie. 

Przyznaje się bez bicia, że ja strasznie nie lubię badań. Po pierwsze pobieranie krwi jest dla mnie dużym przeżyciem, ponieważ nie mam praktycznie żył i aby znaleźć chociażby jedną porządną trzeba się nieźle napocić. A po drugie ja nie lubię czekać na wyniki. Wolałabym wiedzieć od razu i po sprawie. 

W tym roku, a dokładniej w kwietniu postanowiłam z koleżanką z pracy skontrolować swoje wyniki. Mamy gotowe druczki więc wystarczy tylko zaznaczyć co chcemy i finito. A więc poszalałyśmy. Począwszy od tych podstawowych jak morfologia, mocz, ob, glukoza, a kończąc na tych poważniejszych, bo czemu nie? Przecież nic mi się nie dzieje, czuje się dobrze, więc to tylko formalność. 


Gdy następnego dnia odebrałam wyniki.. zamarłam. Wszystko w porządku, jednak podwyższone TSH (hormon tarczycy). Początkowo pomyślałam sobie "a to pewnie jakiś błąd". Nawet lekarz, do którego chodzę uważał, że to błąd odczynników, bo przecież nie mam żadnych objawów. Więc za dwa dni ponowiłam badania, które okazały się równie wysokie. Muszę przyznać się bez bicia, że trochę mnie to załamało. Zaczęłam czytać w internecie (co jest bardzo złym pomysłem, bo można się naczytać takich głupot, że depresja murowana). Podejrzenie bardzo teraz "słynnej" choroby hashimoto, niepłodność lub poronienia. To główne skutki, które bardzo mnie przygnębiły. No ale trudno, stało się, trzeba się z tym zmierzyć.

Czym prędzej dostałam skierowanie do poradni endokrynologicznej i zaczęłam poszukiwania. I właśnie w tym momencie zrozumiałam na własnej skórze jak działa dzisiejsza służba zdrowia. Tryb stabilny ze skierowaniem - czas oczekiwania półtorej roku. W głowie milion myśli - przecież nie mogę tak długo czekać, bo zwariuję. Trudno, muszę iść prywatnie. Dostałam termin w ciągu tygodnia. W między czasie u siebie w przychodni wykonałam USG tarczycy czy nie ma guzków czy innych niepokojących zmian - na szczęście czysto, więc jeden kamień z serca.

Trafiłam do bardzo fajnej pani doktor endokrynolog. Zrobiła szczegółowy wywiad, zbadała mnie, wykonała również usg tarczycy po czym stwierdziła, że mam bardzo małą tarczycę, w dolnej granicy normy i są dwie opcje: hashimoto lub taka moja uroda. Dostałam leki, zaczynając od małej dawki Euthroxu N50. Gdy wyszłam z gabinetu chciało mi się płakać. Poszłam do apteki, wykupiłam receptę i stwierdziłam, że już na zawsze jestem skazana na leki. 

Jednak, tutaj pojawiła się niespodzianka. Po tygodniu od wizyty okazało się, że jestem w ciąży. Ze strachu przed tymi wszystkimi nieprzyjemnymi skutkami o których się naczytałam poleciałam ponownie do pani doktor. I tamtego dnia gdy w poczekalni zobaczyłam 3/4 pacjentek ciężarnych czekających właśnie do endokrynologa, uspokoiłam się. W końcu nie ja pierwsza, nie ostatnia. Dostałam od razu większą dawkę, częstsze kontrole. Obecnie TSH mam idealne, maluszek rośnie i jestem szczęśliwa. Ponadto wykluczono u mnie hashimoto więc kolejny krok do przodu. Większość lekarzy twierdzi, że po ciąży moje hormony mogą się na tyle wyregulować, że nie będę potrzebować żadnych leków - oby! Liczę na to bardzo :)

Moja historia może i jest banalna, ale powinna być dla większości - szczególnie kobiet przestrogą. Jasne, pewnie podczas badań ciążowych wyszłoby mi tak czy inaczej, ale znając sytuację wcześniej zaczęłam brać leki zaraz w początkowych tygodniach co spowodowało tym, że gdy maluszek najbardziej się rozwijał moje hormony nie wariowały, tylko pracowały jak należy. Nie wiem czy to ma jakiś wpływ, myślę, że tak. Dlatego tym bardziej jestem szczęśliwa, że wyszło mi to wcześniej i mogłam zareagować w ekspresowym tempie. Gdy rozmawiałam jakiś czas z położną powiedziała mi tylko tyle: "teraz można policzyć na palcach jednej ręki, która ciężarna nie ma problemów z tarczycą." 

Dlatego nie bójcie się badać. Nigdy nie wiadomo co przyniesie nam los :)

Komentarze

  1. Gratulacje! Cieszę się, że wszystko w miare dobrze się skończyło. Ja badam się regularnie raz w roku- robię sobie taki prezent na urodziny. Póki co wszystko w normie.
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. W zeszłym roku robiłam trochę badań - na krew itd. Również oddawałam próbkę włosów.
    Trochę witamin mi brakowało, na szczęście nic poważnego.
    Po za tym dopiero, co skończyłam szkołę, więc często miałam jakieś bilanse itd.
    Niestety, ale muszę się z Tobą zgodzić, jeśli chodzi o rzeczy napisane w Internecie. Raz miałam 14 dni okres, zamiast 7, a naczytałam się o raku i innych strasznych rzeczach...
    Mam nadzieję, że wszystko już u Ciebie będzie dobrze, a przede wszystkim GRATULACJĘ!
    To naprawdę dobra lekcja dla innych.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz