Krzywa cukrowa - nie taki diabeł straszny!

Przed testem obciążenia glukozą nie ucieknie żadna ciężarna. Od jakiegoś czasu jest to badanie obowiązkowe i koniec - nawet jeśli przyszła mamusia nie ma problemu ze skaczącym cukrem musi to wykonać. Ja osobiście nigdy nie miałam z tym problemu, bowiem mi zawsze jest za mało słodko. Mam niski cukier, ale zawsze w granicach normy. Dlatego myślałam, że nie będę musiała tego robić, bo po co? A jednak. Dostałam takie zalecenie i w zeszły piątek udałam się z glukozą do laboratorium. 

Takie badanie nie wykonują tylko ciężarne. Może je sobie wykonać każdy. Najwięcej jednak wykonują ją pacjenci z podejrzeniem cukrzycy. Mam kilka takich osób w pracy i zanim się na to wybrałam oczywiście wszystkich podpytywałam. 

Jedni mówili, że to koszmar. Na raz tyle cukru wypić (dla wyjaśnienia rozpuszczamy 75g czystej glukozy w mniej więcej 200ml wody, więc możecie sobie wyobrazić jakie to jest słodkie). A inni z kolei stwierdzili, że to pikuś. Pocieszali mnie, że osoby, które lubią tak bardzo słodkie jak ja nie mają z tym problemu. Więc kupiłam w aptece roztwór (nie jest to drogi interes, za glukozę zapłaciłam 5,20zł)  i poszłam na żywioł.


Najpierw pielęgniarka pobiera krew na czczo. I tutaj pojawia się mój problem, ponieważ moje żyły są uparte i zupełnie nie współpracują. One chyba wiedzą, że igła się zbliża i momentalnie się chowają. Tym razem było tak samo, więc trzeba było się namęczyć żeby którąś z nich złapać. Po tym pierwszym pobraniu panie w laboratorium stwierdziły, że dwa następne razy pobiorą mi z palca. 

Właśnie, podczas tego badania mamy pobieraną krew aż trzy razy!!! 

Zaraz po pobraniu pani kazała mi usiąść i wręczyła mi kubek z magicznym napojem. Powiedziała tylko: "i pijemy, pijemy". Na szybko wcisnęłam sobie cztery krople cytryny, bo tak radziła mi koleżanka aby minimalnie tą słodycz zatuszować. No i zaczęłam pić. 

Po pierwszym łyku stwierdziłam sama w sobie: "Ty, dobre to!" i wypiłam wszystko duszkiem. Panie patrzyły niedowierzająco, a ja czułam, że się czerwienię. No co poradzę, że ja takie słodkie lubię? :D Wypiłam, podziękowałam i dostałam kartki kiedy mam przyjść na kolejne kucie. 

Jedynym minusem tego wszystkiego jest fakt, iż przez dwie godziny trzeba siedzieć na tyłku. Nie wolno chodzić, nic jeść - mimo, że ssie strasznie. Można tylko przejść kawałek aby usiąść w ustronnym miejscu, a potem wrócić na pobranie. Ja mam o tyle dobrze, że poszłam do rejestracji w której pracuję. Czułam się nieco bezpieczniej, bo w sumie nie wiadomo jak organizm zareaguje na taką porcję cukru. Z tego co wiem niektórym panią robi się słabo, mogą pojawić się wymioty. Więc dla własnego bezpieczeństwa i towarzystwa warto zabrać kogoś ze sobą. Przynajmniej czas szybciej zleci, a nie siedzi się jak sierota przy laboratorium. Mi osobiście trochę się tym odbijało, kilka razy zapiekła mnie zgaga, a po godzinie chciało mi się spać. 

Minęła godzina, więc udałam się do moich "ulubionych" pań. I tutaj nastąpiło kolejne zdziwienie. Myślałam, że pobranie z palca to tak jak zwykłym glukometrem. Kropelka krwi na paseczek i finito. Otóż nie, moi drodzy. Pani co prawda zrobiła malutkie ukucie, ale... zaczęła mi krew z palca wyciskać do próbówki. Przy czym nieprzyjemnie mnie po tym palcu "skrobała" aby nie uronić żadnej kropli. I tutaj powiem Wam szczerze, że to bolało. Zdecydowanie wolę już wbijanie się w żyłę. Trwało to jakoś długo, końca nie było widać, a ta próbówka nie była wcale taka mała. Po tym wszystkim miałam wrażenie, że zdrętwiał mi palec na kilka minut. Ostatnim razem było trochę lepiej, inny palec i mam wrażenie, że tak mocno nie musiała go "wyduszać". 

Ogólnie całe badanie jest do przejścia, dlatego od piątku powtarzam wszystkim, że nie ma się czego bać. Nie jest to najprzyjemniejsze badanie, ale też nie jest tragiczne. Najśmieszniejsze było to, jak wypiłam już swój napój, a weszła moja koleżanka również z takim pudełeczkiem. Wystraszona jak nie wiem, na co tylko powiedziałam: "Gabrysia, spoko! To jest nawet dobre!" :))

Lekarz powiedział, że wyniki wyszły dobre. Wszyscy straszyli mnie, że po dwóch godzinach powinnam mieć trochę mniej, ale doktor powiedział, że wszystko jest w normie i nie ma co sobie zawracać tym głowy :)

#7 "Winny jest zawsze mąż" Michele Campbell

Trzy przyjaciółki, tajemnice i kłamstwa. Poznają się na pierwszym roku studiów po czym stają się nierozłączne. Każda z nich jest inna, ma inne priorytety i poglądy. Jednak mimo tych różnic i kłótni, które miedzy nimi powstają zawsze wracają do tego samego punktu i są na dobre i na złe. Wydaje się, że nic nie może ich rozdzielić, a one przysięgają sobie, że zawsze będą się wspierać. 

Kate pochodzi z bogatego domu. Ma ojca, który spełnia każdą jej zachciankę - do pewnego czasu. Nie zależy jej na studiach, woli imprezy z chłopakami. Zakochuje się bez pamięci w Lucasie, który pewnego wieczoru ginie w tragicznych okolicznościach.

Jenny bardzo ambitna i poukładana dziewczyna. Zawsze pomocna i otwarta. Najbardziej dojrzała z całej trójki. Natomiast Aubrey jest z nich najbiedniejsza. Nie ma pieniędzy, ledwo wiąże koniec z końcem. Musiała wyjechać z domu rodzinnego, zostawiając schorowaną matkę w domu rodzinnym.  Ma kompleksy i trudności w nawiązywaniu kontaktów. Po poznaniu Kate i Jenny wydaje jej się, że nic lepszego ją spotkać nie mogło.


Dziewczyny razem przeżywają studenckie lata, imprezują i rywalizują o chłopaków.

Dwadzieścia lat później poznajemy ich obecne życie. Wszystkie mają mężów, Jenny i Aubrey mają także dzieci. Przychylność ojca Kate zmieniła się, przez co postanowiła związać się z bogatym Griffem, który zapewniał jej wszystko czego chciała. 

Pewnego dnia policja dostaje wezwanie na miejsce wypadku. W rzece znajdują ciało kobiety -  jednej z przyjaciółek, która najprawdopodobniej popełniła samobójstwo. Jednak po badaniach okazuje się, że do jej śmierci przyczyniła się osoba trzecia. Rozpoczyna się śledztwo i bardzo szybko wychodzą na jaw prawdziwe oblicza ich przyjaźni, która z czasem przerodziła się w nienawiść. Co takiego się wydarzyło i poróżniło nierozłączne przyjaciółki? Czy faktycznie ktoś przyczynił się do śmierci jednej z nich?

Książka długa, interesująca i ciekawa. Do ostatnich stron nie wiadomo co tak naprawdę się wydarzyło. Takie lubię najbardziej kiedy wydaje mi się, że wszystko jasne - wtedy okazuje się jak bardzo się myliłam. Bardzo dobrze zachowany klimat. Powieść jest podzielona na dwie części. Pierwsza z nich opowiada właśnie o czasach studenckich, druga o obecnych wydarzeniach. Bardzo dokładnie poznajemy główne bohaterki i w każdej z nich jest coś, co nas przyciąga. Z czystym sumieniem polecam tę książkę, jednak przygotujcie się - jest długa (przynajmniej dla mnie taka była). W pewnym momencie miałam wrażenie, że autorka za bardzo ciągnie tą historię jednak jak cała akcja się rozkręciła... doceniłam to :)

Moja ocena 7/10 :)

Nasza pamiątka - sesja ciążowa ♥

Ponad tydzień temu wraz z naszym wieloletnim przyjacielem postanowiliśmy wybrać się na sesję zdjęciową. Uwielbiam uwieczniać nasze najważniejsze chwile, a ciąża zdecydowanie jest tą NAJWAŻNIEJSZĄ i zarazem NAJPIĘKNIEJSZĄ chwilą. I mimo, że mój mąż niezbyt bardzo lubi się fotografować - dzielnie znosił nasze pomysły i dał radę! :) Teraz brzuszek mamy na co dzień, ale kiedyś będzie to niesamowite wspomnienie. Tym bardziej jak Natalka będzie większa pokażemy jej gdzie mieszkała przez swoje pierwsze dziewięć miesięcy życia w moim brzuszku :) Mam już niezły pomysł na album - będzie pięknie :)

Oto efekty naszej sesji. Nie jest ona profesjonalna i nie do końca wiedzieliśmy jak się ustawiać, ale nie to jest przecież najważniejsze. Fotograf dał z siebie wszystko, za co z całego serduszka dziękujemy! :)






(Jedno z moich ulubionych <3 )

(żeby zawsze tak na mnie patrzył :D )


 (widząc te zdjęcie wszyscy stwierdzili jednogłośnie, że zrobiła się ze mnie niezła pyza :D )

( z tej perspektywy nie wyglądamy zbyt dobrze, ale coś w tym zdjęciu jest, bo mimo wszystko podoba mi się :) )

#6 "Nigdy więcej" - Anna Bellon

Dzień dobry! :) Ostatnio przyciągają mnie książki stricte miłosne, pełne uczuć i życia codziennego. Ani trochę mi to nie przeszkadza, ponieważ kryminały już nieco mnie męczyły. Jak to się mówi, co za dużo to nie zdrowo. Teraz czas na coś łatwiejszego i mniej stresującego. Jeśli szukacie książki na "odmóżdżenie" to ta jest warta polecenia :)

Kuba i Iga poznają się zupełnie przypadkiem za pośrednictwem wspólnych znajomych. Od pierwszych chwil zaczyna coś między nimi iskrzyć. Bardzo szybko umawiają się na kolejne spotkanie, a ich znajomość zaczyna przybierać na sile. Wydaje się, że nadają na tej samej linii i obydwoje zakochują się w sobie do szaleństwa. Kuba to chłopak z mroczną przeszłością. Trzy lata wcześniej był w toksycznym związku, po którym nie wierzył, że uda mu się zaufać nowej dziewczynie. Prób było kilka, jednak żadna nie przetrwała. Z Igą było inaczej. Była delikatna, mądra, wyrozumiała. 

Niestety sielanka nie trwała zbyt długo. Na horyzoncie pojawia się Blanka, była dziewczyna Kuby. Na jaw wychodzi ich dawna, toksyczna relacja, a dziewczyna za wszelka cenę chce odzyskać swoją miłość. Przed Kubą i Igą ciężka próba. Czy dadzą radę? I czy ich krótki, ale intensywny związek przetrwa? Na co stać Blankę aby rozdzielić zakochanych? 


Osobiście książka oraz fabuła podobała mi się bardzo. Można powiedzieć, że jest to typowa młodzieżówka. Dylematy, powrót byłej miłości. Czy tak nie zdarza się w dzisiejszym świecie? Niektórzy wstydzą się przyznać, że czytają typowe młodzieżówki. Ja się z tym nie kryję, bo dla mnie taka odskocznia od mrocznych klimatów bywa zbawienna. 

Podczas "Nigdy więcej" przypomniały mi się początki naszego związku. Spotkania, spacery i wieczory spędzane pod kocem przy serialach czy filmach. Tak jak Iga i Kuba nie byliśmy nigdy nazbyt rozrywkowi. Zamiast hucznych imprez woleliśmy domowe zacisze, dlatego bardzo polubiłam tą dwójkę i do końca im kibicowałam. Zakończenie nieco mnie zaskoczyło i wbiło w fotel. Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu sytuacji i nie powiem, zrobiło mi się nieco przykro. 

Bardzo polecam Wam tę książkę, ja chętnie sięgnę po inne książki tej autorki :)
Moja ocena 9/10 :)

Badania prenatalne - dlaczego warto je wykonać?

Jeszcze całkiem niedawno na badania prenatalne były kierowane kobiety powyżej 35 roku życia. Wiązało się to z tym, iż wraz z wiekiem kobiety istnieje większe ryzyko wad wrodzonych. To chyba najgorsza sytuacja w jakiej mogą znaleźć się przyszli rodzice. Jednak nawet młodzi muszą się z tym niestety liczyć. Obecnie badania są refundowane (przynajmniej u mnie w okolicy, więc wydaje mi się, że to stało się bardziej powszednie niż kiedyś). A nawet jeśli nie otrzymacie skierowania, uwierzcie mi, że warto je wykonać chociażby na własny koszt. 

My dostaliśmy skierowanie, umówiliśmy się w klinice na konkretny dzień. Badania te są wykonywane między 11, a 13 tygodniem ciąży dlatego podczas zapisu najlepiej podać datę ostatniej miesiączki jeśli mamy regularne cykle. W innym przypadku datę z ostatniego USG.  Wtedy pani w rejestracji obliczy kiedy takie badanie powinno być wykonane. 

Sposób wykonania nie różni się niczym od rutynowej wizyty u ginekologa. Być może w niektórych przypadkach gdy widoczność jest ograniczona wykonują dopochwowo, ale ja miałam normalnie przez powłoki brzuszne. Dzieciątko wtedy już ma malutkie rączki, nóżki. 

Podczas tego badania najważniejsza jest budowa serca, jego praca i przezierność karkowa, która niektórym spędza sen z powiek, bo gdy wyjdzie ona nieprawidłowa - w większości przypadków konieczna jest dalsza diagnostyka w kierunku wad wrodzonych. Nikomu tego nie życzę, aczkolwiek takie sytuacje również się zdarzają. Pamiętajcie tylko, że to nie koniec świata. Bardzo często jest to jedynie podejrzenie, a dzieciątka rodzą się całkowicie zdrowe. To nie wyrok, to tylko podejrzenia. 


Podczas pierwszego badania prenatalnego dzieciątko jest dokładnie mierzone. Mówią, że data porodu według tego badania jest bardzo często strzałem w dziesiątkę. Powiem Wam w lutym czy u nas się sprawdziło :) 

Badany jest mózg, który ma już dwie półkule, żołądek, nerki, pęcherz moczowy maluszka i przepływy żylne, na których najbardziej się wystraszyłam. W pewnym momencie na ekranie zaczęły pojawiać się niebieskie i czerwone plamy. I oczywiście pierwsze co pomyślałam? "o matko, to na czerwono to pewnie coś nieprawidłowe!". Zrobiło mi się ciepło, a ze strachu nie nie miałam odwagi spytać pani doktor co to oznacza. Nie pomyślałam, że żyły i tętnice muszą oznaczać się kolorami aby je odróżnić. Także, czerwony kolor w tym przypadku to bardzo dobry obraz! :) 

Na samym końcu pani doktor spytała się czy ma powiedzieć co jej się wydaje jeśli chodzi o płeć. Oczywiście mąż był ze mną podczas badania i jednogłośnie stwierdziliśmy, że chcemy. Wtedy usłyszeliśmy, że na 80% dziewczynka. Tak też zostało do dnia dzisiejszego, z czego jesteśmy bardzo szczęśliwi. Nie myślcie, że z chłopca nasza radość byłaby mniejsza, o nie. Najważniejsze jest zdrowie, nie płeć. Jednak zawsze moim cichym marzeniem była córeczka i udało się. Mąż do dzisiaj mi powtarza, że on to wiedział od samego początku, a następny będzie syn. Jakby to było takie oczywiste i pewne :D

Oprócz szczegółowego opisu w ramach badania miałam pobieraną krew na tzw. test PAPPA. Jest to dokładniejsza analiza wad wrodzonych na podstawie wieku matki oraz obrazu usg (przezierności kartkowej). Odbiór wyników jest zazwyczaj po dwóch tygodniach. 

Dwa i pół tygodnia temu byliśmy na drugim tzw. połówkowym badaniu, gdzie dzieciątko jest już dużo większe i bardziej ruchliwe. Wszystko rozwija się prawidłowo, to najważniejsze. Nasza Malutka miała wtedy 405 gram, a dzisiaj już prawie 600 :D Płeć potwierdzona, wszystkie narządy dokładnie obejrzane. Pozostało tylko się cieszyć :) 

Trzecie badanie prenatalne nie jest już obowiązkowe (zresztą, żadne z nich nie jest). Nie jest także refundowane i nie każda para się na nie wybiera. My stwierdziliśmy, że pójdziemy. Wtedy chyba będą mierzone wody płodowe, co wydaje mi się też ważnym elementem. Może stan łożyska i macicy. Jeszcze nie wiem, ale zapisaliśmy się. Koszt u nas to dwieście złotych. Dla własnego spokoju myślę, że warto je wykonać. 

Może zabrzmi to niefajnie, ale gdy para decyduje się na dziecko, musi liczyć się z dużymi kosztami. Gdy chodzimy prywatnie do ginekologa - za wszystkie badania laboratoryjne płacimy. Wyprawka, łóżeczko, wózek to podstawa, a ceny nie są wcale niskie. O suplementacji już nie wspominam, bo to chyba kosztuje najwięcej, ale o tym kiedy indziej, bo zauważyła, że to dosyć drażliwy temat dla niektórych :)

#5 "(nie)zwyczajna" Samantha Young

Dzień dobry! Dzisiaj dla odmiany opowiem krótko o książce, którą przeczytałam w ubiegły weekend. Szczerze mówiąc potrzebowałam odskoczni od mrocznych i krwawych kryminałów sięgając po coś lekkiego. Zazwyczaj gdy mam ochotę na przyjemne, a zarazem dobre książki decyduje się na twórczość Samanthy Young i wiecie co? Ani razu się nie zawiodłam :)

Szesnastoletnia Coment kompletnie nie odnajduje się w swoim otoczeniu. Jej życiem jest poezja i książki, które pochłania w zastraszającym tempie. Nie lubi być w centrum zainteresowania, nie przepada za imprezami. Ma dwie przyjaciółki, które nie zawsze ją rozumieją. Każda z nich jest inna, ma swój świat, jednak w razie potrzeby zawsze służą oparciem. Na co dzień Coment pisze swoje wiersze. Tym sposobem wyraża swoje emocje, przeważnie kierowane do rodziców, którym... dużo brakuje do ideału. Nie dość, że jest jedynaczką, to jeszcze rodzice nie okazują jej zainteresowania. Matka artystka całe dnie spędza w swojej pracowni, ojciec pisarz ma również swój świat i zajęcia. Cała trójka nie żyje razem, lecz obok siebie. Przez co nastolatka czuje się zagubiona. 


Wraz z rozpoczęciem roku w szkole pojawia się nowy chłopak. Przystojny Tobias zwraca uwagę większości dziewczyn w szkole. Wysoki, dobrze zbudowany Amerykanin staje się celem niejednej nastolatki. Dla Coment wydaje się być zadufanym w sobie bucem, któremu nie zależy na nauce. Pierwsze wrażenie u nauczycieli sprawia kiepskie, jednak Coment mimo wszystko... nie potrafi przestać o nim myśleć. 

Podczas zajęć angielskiego niespodziewanie profesor "zmusza" ich do pracy nad wspólnym zadaniem. Początkowo para ma trudności w komunikacji, jednak bardzo szybko się to zmienia i pojawia się między nimi wyjątkowa więź. 

Czy przystojniak, który mógłby mieć każdą dziewczynę w szkole i dla którego liczy się popularność mógłby zwrócić uwagę na zamkniętą w sobie, kompletnie nietowarzyską i zwyczajną dziewczynę? Przeczytajcie, a nie pożałujecie. 

Szczerze mówiąc fabuła książki przypominała mi w pewnych momentach sławny film "szkoła uczuć". Tam również "bad boy" ukrywa swoją relację z nieśmiałą "kujonką" aby znajomi się z niego nie śmiali. Nie chce przyznać, że poczuł do niej coś więcej, bo straci swoją reputację. Tam jednak uczucie i ich relacja zwycięża i liczą się tylko oni. Czy tak samo jest tutaj? Nie powiem Wam, ale na pewno będziecie zaskoczeni jak ich relacja się będzie rozwijać :)

Niezastąpionym wsparciem okazują się przyjaciółki. Mimo innych poglądów i kłótni, które między nimi występują - zawsze służą ramieniem do wypłakania się. Pojawia się także postać Stevena, kuzyna przystojnego Tobiasa, który nieźle namiesza i odegra równie ważną rolę. 

Jak dla mnie książka bardzo dobra. Czytało się ją bardzo przyjemnie. Jak już pisałam to nie jest moje pierwsze spotkanie z tą autorką i z pewnością nie ostatnie. Bardzo lubię styl Samanthy Young i jej pomysły na rozwiązywanie trudnych sytuacji. W (nie)zwyczajnej bardzo poruszyła mnie relacja z rodzicami, której nie potrafię sobie wyobrazić w życiu osobistym. 

Co tu dużo pisać, koniecznie przeczytajcie :) 
Moja ocena 9/10 :)

Jak przetrwać pierwszy trymestr ciąży?

Wraz z pojawieniem się dwóch kresek na teście, radością nie opisania niestety, ale musimy zmierzyć się z nieprzyjemnymi dolegliwościami. Gdy przeglądam forum zdarzają się kobiety, które od początku czują się doskonale, jednak ja to biorę z lekkim przymrużeniem oka. Już dawno temu nauczyłam się nie wierzyć we wszystkie te posty na forach, przechwalanie się i "dobrych rad". Nie wydaje mi się, żeby istniała kobieta, która nie odczuwa w ogóle stanu błogosławionego w pierwszym trymestrze. 

U mnie osobiście zaczęło się już w piątym tygodniu. Ból piersi podobnie jak na miesiączkę, lecz nieco bardziej "uciążliwy". Czułam, że mi je rozsadzi przez kilka dni, a noszenie biustonosza sprawiało mi niemały dyskomfort. Minęło po dwóch tygodniach i do dzisiaj nie czuję większych zmian jeśli chodzi o piersi. Dlatego też zaczyna mnie to martwić czy aby na pewno będę miała pokarm? Ponoć każda kobieta ma na początku i potem tylko zależy jak się do tego przyłożymy. 

Około siódmego tygodnia pojawiły się znienawidzone przez wszystkie kobiety w ciąży mdłości. Mdliło mnie gdy poczułam ostrzejsze zapachy, nie mogłam przejść przez centrum handlowe w którym znajdowały się restauracje typu SPFINX. Ba, nawet nie pomyślałam o KFC ani Mcdonaldzie - kurczaczki nie przeszłyby mi przez gardło. 

Jadłam przeważnie kanapki z almette, które chyba najlepiej się u mnie sprawdziły. Zapiekanki z żółtym serem też znosiłam i zupy (najbardziej czerwony barszcz). Teraz wydaje mi się to śmieszne, ale miałam nawet problem z pokrojeniem kurczaka na obiad dla męża. Totalnie mnie to przybiło, a wymioty pojawiały się przynajmniej dwa razy dziennie. Co najciekawsze, największe mdłości zaczynały mi się po godzinie dziewiętnastej, a nie rano jak większości kobiet. Ulgę przynosiła herbata z cytryną i gumy pregna vomi. Herbata imbirowa jak wszyscy polecali jeszcze bardziej nasilała dolegliwości. 

Oprócz mdłości byłam bardzo senna. Po pracy przeważnie kładłam się na dwie, trzy godziny.  Jednak te początkowe tygodnie życia maluszka w naszym brzuszku zmieniają całą pracę organizmu. Już od samego początku biegałam w nocy do łazienki. W dzień mogłam spać ile się dało, ale w nocy chodziłam jak mara, a wstawałam niczym ranny ptaszek przed szóstą. 

Nie mogłam się na niczym skupić, o czytaniu nie było mowy. Miałam też utrudnienia, bo akurat w tych najgorszych chwilach szalały upały i to ani trochę nie pomagało. W pracy parno, w domu większość pomieszczeń od południa - można było wyzionąć ducha. Nie wyobrażam sobie jak kobiety na ostatnich nogach muszą przetrwać kosmiczne temperatury. 


Kolejną dolegliwością jest ból okolicach jajników/macicy. Już od samego początku wszystko się tam powiększa, co sprawia ból podobny do miesiączkowego. Jeżeli tak będziecie miały - nie martwcie się, to całkowicie normalne :) Nawet lekkie ukucia to nic złego, chyba, że często będą się pojawiały i nasilały, wtedy biegiem do lekarza. 

Nie powiem, miałam chwile słabości i narzekałam. Szczególnie kiedy w niedziele na stół wjechał gulasz z kaszą, a ja po dwóch kęsach nie mogłam jeść dalej. Jednak! Gdy poszłam na usg, zobaczyłam tą malutką istotkę na ekranie i usłyszałam jak bije serduszko wszystkie złości minęły. Wtedy pomyślałam sobie "niech się dzieje co chce, mogę rzygać dzień i noc, dla takiego maluszka warto przetrwać wszystko!". Naprawdę, gdy widzi się te pykające serduszko i w dodatku lekarz mówi, że wszystko rozwija się prawidłowo... świat nabiera barw i wszystko inne przestaje mieć znaczenie :) 

Cały pierwszy trymestr byłam pozytywnie nastawiona i miałam ogromną nadzieję, że drugi trymestr przyniesie ulgę. Tak też się stało, nawet wcześniej niż się tego spodziewałam. Jeszcze przed ukończeniem dwunastego tygodnia wszystko minęło, a ja... zaczęłam żyć jak nigdy wcześniej. Nawet nie wyobrażacie sobie jakiej dostałam energii. Do pracy leciałam na skrzydłach, po pracy w ogóle nie spałam. Długie spacery, zapał do książek wrócił w mgnieniu oka i jeszcze bardziej zaczęłam cieszyć się powiększającym się brzuszkiem. W dwunastym tygodniu już było widać, a ja nie mogłam przestać miziać, głaskać i mówić do niego - chociaż jeszcze maleństwo nie było w stanie tego usłyszeć :)

Już to kiedyś pisałam, ale powtórzę. Życzę z całego serca każdej kobiecie, która oczywiście chce zostać mamą, aby doświadczyła tego CUDU. Dla mnie to cud i niedowierzanie, że za kilka miesięcy pojawi się dzieciątko i będę je tuliła do piersi. Teraz cieszę się drugim trymestrem i kopniakami, które z każdym dniem się nasilają :)

"Mamo, jestem w ciąży!"

Jeszcze długo przed ślubem moim marzeniem było założenie rodziny i bycie mamą. Może nie teraz, ale w przyszłości to było spełnienie moich marzeń. Długo nad tym wszystkim się zastanawiałam i doszłam do wniosku, że najbardziej obawiam się reakcji mamy. To, że z czasem będzie się cieszyć to było pewne. Dla niej także posiadanie rodziny było priorytetem. Jednak zawsze słyszałam: "masz jeszcze czas", "jeszcze popracuj żebyś miała dobre stanowisko", "jesteś młoda, przyjdzie czas i na dzieci". To mnie nieco hamowało i przygnębiało, chociaż doskonale wiedziałam, że to nasze życie i my decydujemy kiedy założyć rodzinę. 

Takie słowa również słyszałam po ślubie, co nieco zbiło mnie z tropu i coraz bardziej zaczęłam się zastanawiać jak przekaże mojej mamie tą nowinę, gdy już to się spełni. Bóg chciał, że nie musieliśmy czekać długo. Spełniło się nasze marzenie pięć miesięcy po ślubie i magiczne dwie kreski pojawiły się na teście. 

Pamiętam to jak dziś. Coś mi nie dawało spokoju, tak jakbym czuła, że coś się we mnie zmienia. Spałam niespokojnie, budziłam się wcześniej niż zwykle.  Był poranek, dwudziestego szóstego maja, czyli dzień mamy. Wstałam, złożyłam mamie życzenia i poszłam do łazienki. Wzięłam test, zrobiłam i go odłożyłam. Po kilku minutach spojrzałam i... zamarłam. Dwie kreski, które na dobre zmieniły nasze życie. Byłam w szoku, nie dowierzałam. Miałam milion emocji na minutę. Strach, przerażenie, ale także niewyobrażalną radość. 

Nie muszę mówić o dzisiejszych czasach, kiedy bardzo dużo par ma problemy z płodnością. Tego także obawiałam się najbardziej. 

Pierwszą osobą oczywiście był mój mąż. Obudziłam go od razu, pokazałam test i powiedziałam "będziesz tatą!" ucieszył się lekko nie dowierzając, przytulił mnie i wiecie co? poszedł dalej spać! Nie wiedziałam czy ta wiadomość do niego dotarła czy nie. Dopiero później gdy wstał spytałam się czy wie co mu rano powiedziałam i potwierdził, że bardzo się cieszy.

Wtedy pojawił się dylemat kiedy powiedzieć mamie. 

Od zawsze miałyśmy dobry kontakt, raczej mówiliśmy sobie o wszystkim. Podczas tych emocji stwierdziłam, że to dobry moment. Dzień mamy to jednak dzień wyjątkowy i tym sposobem sprawię mamie kolejny prezent tego dnia. Poszłam więc do pokoju, trzymając test w ręce i najzwyczajniej w świecie zaczęłam płakać. Z radości, ale również obawy i wtedy stało się. Mama podeszła do mnie, przytuliła i spytała co się dzieje. Gdy zobaczyła test przytuliła mnie jeszcze mocniej i powiedziała "nie płacz głuptasie, będziesz mamusią!" Nigdy nie zapomnę tych słów, po których obydwie zaczęłyśmy płakać - tym razem już z radości. 


Po tych słowach moja mama oszalała ze szczęścia. Mam wrażenie, że stała się zupełnie inną osobą. Jeszcze bardziej ciepłą, opiekuńczą i zaczęła mnie traktować poważniej niż do tamtej pory. Na dzień dzisiejszy kilka razy dziennie całuje mój brzuszek, mówi, że to jej Niunia i cieszy się z każdym otrzymanym kopniakiem. Powoli zaczyna się zakupowe szaleństwo i nie może przejść z pustymi rękami przez dział dziecięcy.  Nie kłócimy się prawie wcale i za co jestem Jej najbardziej wdzięczna to fakt, że bardzo się mną zaopiekowała podczas pierwszego trymestru, który znosiłam okropnie, ale o tym innym razem! :)

Razem z tym wydarzeniem doszłam do wniosku, jak ważną osobą w moim życiu jest mama. Mam wrażenie, że bardziej zaczęłam ją doceniać, a sobie obiecałam, że w przyszłości będą tak cudowną mamą, jak moja :)

PS. A ja jako przyszła mama nie mogłam wyobrazić sobie lepszego prezentu 26 maja <3

#4 "Obserwuje Cię" Teresa Driscoll

Dzisiaj witam Was książką, którą czytałam w zeszłym roku. Bardzo polecam jeśli lubicie książki z tzw. dreszczykiem emocji :)

Jest lipcowy, spokojny dzień. Elle Longfield podczas podróży pociągiem spotyka dwie młode dziewczyny. W pewnym momencie dosiada się do nich dwóch młodych mężczyzn. Nie byłoby w tym nic podejrzanego, gdyby podczas rozmowy Elle nie podsłuchała, że właśnie wyszli z więzienia. Dziewczyny są nimi zafascynowane, co wydaje się normalne w tym wieku. Podczas podróży Sarah (jedna z dziewczyn) wdaje się w intymną sytuację z jednym z chłopaków. Gdy Elle opuszcza pociąg czwórka dalej przebywa w swoim towarzystwie. Gdy następnego ranka Elle włącza wiadomości - zamiera. Na ekranie jest zdjęcie Anny (drugiej dziewczyny) oraz informacja o jej zaginięciu. W głowie naszej bohaterki automatycznie pojawia się myśl, że to spotkani mężczyźni stoją za całą sprawą.Czy aby na pewno?


Druga z przyjaciółek wraca do domu. Staje się cicha, wycofana i nie orientująca się w całej sytuacji. Po kilku dniach Elle nie wytrzymuje i udaje się na policję. Zeznaje iż widziała nastolatki z podejrzanymi chłopakami, dając tym samym trop w ich kierunku. Niestety śledztwo nie przynosi rezultatów, nie ma żadnych śladów ani punktu zaczepienia. Spotkani młodzi mężczyźni mają alibi, co wyklucza ich z grona podejrzanych. Rodzina dziewczyny jest zdruzgotana, bezsilna. A przyjaciółka próbuje odebrać sobie życie.

Mija rok. Podczas tego czasu do mediów wypływa tożsamość Elle i od tej pory zostaje uważana za świadka, który widział co się święci, a nie zareagował. I właśnie wtedy Elle zaczyna otrzymywać anonimy. "Czemu nic nie zrobiłaś", "To Twoja wina", "Obserwuje Cię". Kobieta jest załamana, nie potrafi sobie z tym poradzić i co najgorsze boi się przebywać sama. Policja wszczyna śledztwo i od tej pory akcja nabiera tempa. Pojawiają się nowe poszlaki, nowe zeznania i osoby zamieszane w porwanie. Jak to się skończy? Kto okaże się sprawcą i jaki miał motyw? I najważniejsze pytanie: Czy Anna żyje? Przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie :))

Książka bardzo fajna,trzymająca w napięciu do samego końca. Pisana w sposób łatwy i przyjemny. Szybko się czyta i co najważniejsze czytelnik angażuje się w całą sprawę. Rozdziały pisane są z kilku perspektyw. Świadka czyli kwiaciarki Elli, przyjaciółki, ojca ofiary, prywatnego detektywa oraz samego sprawcy czyt. obserwatora. Jeśli lubicie kryminał z dużą dawką psychologii - ta książka jest zdecydowanie dla Was :)